Zdjęcie: widok na centrum Warszawy z wysokości wieży kościoła św. Augustyna, fot. kadr z filmu „Cud na Nowolipiu”, reż. Michał Góral

Cud na Nowolipkach. Na wieży kościoła ukazała się Matka Boża

12 min. zajmie Ci przeczytanie tego artykułu.

Nagle widzę osobę, toż piękna postać patrzy w dół. Serce biło mi mocno z wrażenia. Stwierdzam, że była to Matka Boża. Przyszłam do domu po męża, ale on nie widział. Widział mój kolega z pracy, przyszedł ze swoją matka i oboje widzieli, byli bardzo wzruszeni, modlili się, było bardzo dużo ludzi i wielu z nich twierdziło, że widzą też postać Matki Bożej. Na drugi dzień rano poszłam do kościoła i jak zawsze patrzyłam na krzyż, ale go nie było, była znowu postać Matki Bożej, jak w nocy. Ludzie wszędzie o tym cudzie mówili”. 

Zdjęcie: widok na Muranów i kościół św. Augustyna przy ul. Nowolipie w Warszawie, fot. kadr z filmu „Cud na Nowolipiu”, reż. Michał Góral

To tylko jedna z wielu relacji świadków wydarzeń sprzed dokładnie 60 lat. Ta relacja to opowieść Anny Kowalskiej, parafianki kościoła p.w. św. Augustyna przy ul. Nowolipki w Warszawie. Na wieży tego kościoła miała ukazać się Matka Boska. I to nie raz i to nie jednej osobie. Wszystkie dostępne oraz historycznie i zweryfikowane świadectwa zebrał Witold Dąbrowski w książce „Cud na Nowolipkach”. Jest on również scenarzystą filmu o tym samy tytule (reżyserem jest Michał Góral).  

„Warszawiacy rzucają wszystko i idą ukłonić się przed Królową”  

Wielu widziało. Widziało tak samo 

Objawienia Matki Bożej w październiku 1959 roku były w swojej istocie niezwykłe i zdumiewające, bo odbywały się przez kolejne dni w obecności licznie zgromadzonych przed kościołem ludzi.
Wartością książki „Cud na Nowolipkach” jest to, że nie jest to książka – opowiadanie. Czytałoby się to może i miło i z przejęciem, ale to, co
przygotował Witold Dąbrowski, to starannie przygotowana dokumentacja. Autor ma ku temu przygotowanie i doświadczenie – jest historykiem, pracował też w Instytucie Pamięci Narodowej. To on dotarł do relacji świadków tamtych wydarzeń oraz do zapisków funkcjonariuszy Służby Bezpieczeństwa, którzy przechwytywali listy na ten temat.

>>> Ocaleją ci, którzy odmawiają różaniec 

Zdjęcie: figura Matki Bożej przed wejściem do kościoła św. Augustyna, fot. Maciej Kluczka

Listów było dużo, bo wysyłali je zarówno parafianie, warszawiacy, którzy przychodzili na Muranów, ale i wszyscy, którzy przyjeżdżali z różnych stron kraju, by zobaczyć objawienia. Podróżowanie w tamtym czasie było utrudnione, ale nie było niemożliwe. Z tych korespondencji wyłania się jednolity obraz tego, co widzieli ludzie, którzy byli wtedy na Nowolipkach. Czytamy w nich, że „już z ulicy widać nikłą poświatę, fosforyzujący poblask obu kulistych brył pod krzyżem na szczycie wieży”. W innym miejscu czytamy, że „widok działa na wyobraźnię (…) i nietrudno dopatrzyć się kształcie jaśniejących brył zarysu ludzkiej – czy Boskiej sylwetki”. Funkcjonariusze SB próbowali dyskredytować i ośmieszać zarówno wydarzenie, jak i jego uczestników. Interesujące są opisy działań strażaków, którzy na zlecenie służb próbowali farbą zamalować to „zjawisko”. Matka Boża ukazywała się jednak nadal. 

>>> Matka Boże w Medjugorie: Codziennie odmawiaj różaniec

Zdjęcie: front kościoła św. Augustyna, widok z ul. Nowolipie, fot. Maciej Kluczka

Milicja z wielkiej, Matka Boża z małej, czyli represje i inwigilacja  

Książka „Cud na Nowolipkach” opisuje też działania represyjne aparatu MO i SB wobec wiernych, także duchownych. Na proboszcza parafii i kurię warszawską wywierano naciski, by wydano oświadczenie odcinające się od tych wydarzeń. Ówczesny proboszcz parafii – ks. Stefan Kuć – był zdystansowany do objawień. Dzięki temu nie szedł na zwarcie z komunistyczną bezpieką, a parafianie przecież i tak wiedzieli, widzieli i czuli swoje. Warszawska kuria znalazła wyjście z sytuacji – powoływano się na kościelne procedury, które wymagały daleko idącej wstrzemięźliwości przy ocenianiu różnych wydarzeń jako cudów.

Zdjęcie: widok na ulicę Nowolipie, od strony kościoła. Za figurą widoczny blok, z którego wydarzenia obserwowali funkcjonariusze SB, fot. Maciej Kluczka

W SB-ckich dokumentach można jednak przeczytać, że od 10. października do końca miesiąca zatrzymano 766 osób, a władze kościelne oskarżają o sprzyjanie zgromadzeniom, a udział duchownych w tych czuwaniach rozpatrywano jako brak lojalności wobec państwa. 12 października u księdza proboszcza pojawili się oficerowie Komendy Głównej MO i poprosili o wejście na wieżę, celem jej zbadania. „Od tej pory zatrzymali klucze od wieży i zwrócili je dopiero 31 października” – czytamy.   

„Ludzi moc, a wiejska i milicji jeszcze więcej” (fragm. książki „Cud na Nowolipkach”).  

Ciekawą częścią książki jest fragment, w którym poznamy oficjalne (i rzeczywiste) stanowisko Kościoła wobec wydarzeń na Nowolipkach. Kościół co do objawień i cudów podchodzi z wypracowaną przez wieki wstrzemięźliwością. Władzom PRL nie wystarczała jednak taka zachowawcza postawa, służby wymogły na kurii wydanie komunikatu. 15 października 1959 roku kuria warszawska napisała: „Po zasięgnięciu informacji od duchowieństwa parafii św. Augustyna w warszawie, Kuria Metropolitalna Warszawska oświadcza, że występujące w ostatnich dniach zjawisko świetlne na wieży kościoła (…) tłumaczy się jako zjawisko naturalne. Kuria zwraca się do wszystkich wiernych, aby zachowując spokój, gromadzili się jak dotychczas w swoich świątyniach parafialnych na nabożeństwa, unikając masowego przybywania do kościoła św. Augustyna”. Jednak i wierni i księża nie wzięli sobie tego oświadczenia do serca. Jak zauważyła sama SB „kler warszawski oraz przybywający z innych rejonów kraju księża przybywali na Nowolipki przyprowadzając ze sobą grupy parafian”. 

Zdjęcie: Witold Dąbrowski, autor książki „Cud na Nowolipiu” oraz autor scenariusza do filmu o tym samym tytule, historyk, były pracownik IPN, fot. Maciej Kluczka

Kościół, który przetrwał wojnę 

Nowolipie to ulica w ścisłym centrum dzielnicy Muranów, sam Muranów to dzielnica tuż obok Śródmieścia. Głównym kościołem tej dzielnicy jest właśnie kościół św. Augustyna. To kościół legendarny, bo jako jedyny budynek w tej okolicy ocalał po pożodze II wojny światowej. Muranów był wtedy wielkim gruzowiskiem – ocalały kościół był więc bardzo znaczącym symbolem. Można było wtedy nawet powiedzieć: „To cud!”. Kolejny miał miejsce niedługo później, bo właśnie kilkanaście lat po wojnie. 7 października 1959 roku, według relacji świadków, na jego wieży ukazała się Matka Boska. Data też symboliczna – to przecież liturgiczne wspomnienie NMP Różańcowej.

fot. Maciej Kluczka

W ciągu 20 kolejnych dni pod kościół przyjechało ok. 35 tysięcy wiernych z całej Polski. To nie mogło spodobać się ówczesnym władzom. Najpierw wydano decyzję o zamalowaniu wizerunku Matki Boskiej. Farba spłynęła jednak już następnego dnia, co utwierdziło wiernych w przekonaniu, że zjawisko ma cudowny, nadprzyrodzony charakter.  Kopułę kościoła zamalowywano dalej, ale dopiero po kolejnym razie objawienia zaczynały nie mieć już takiej siły, jak na początku.  

„Przyjechała straż, weszli na wierzchołek kościoła, i stwierdzili, że nic nie widać, ale ludzie widzą. Ludzie padają na kolana, śpiewają” (fragm. książki „Cud na Nowolipkach”).  

Książka „Cud na Nowolipkach” jest podzielona na część, która nakreśla ogólną sytuację Kościoła w Polsce po 1959 roku. To z jednej strony odwilż (po śmierci Stalina w 1956r.), która przyniosła m.in. uwolnienie więzionego od 2 lat prymasa Stefana Wyszyńskiego, ale jednocześnie dążenie władz komunistycznych do „wychowania” społeczeństwa materialistyczno-ateistycznego. Nic więc dziwnego, że religijne wydarzenia na warszawskim Muranowie były solą w oku bezpieki i ta robiła wszystko, by jak najszybciej je zdławić. W książce jest wiele opisu tego, jak władze szykanowały wiernych i samych duchownych (z parafii oraz z warszawskiej kurii). 

Warszawa, rok 1945 lub 1946. Ruiny getta oraz kościół św. Augustyna przy ul. Nowolipki 18Foto: PAP/Stanisław Dąbrowiecki

Prelustracja listów  

W sumie, do 16 października SB przejrzała (przed wysyłką do adresatów) i opracowała ponad 970 listów, z czego zdecydowana większość potwierdzała fakt objawień na wieży kościoła św. Augustyna. Niestety – co podkreśla Witold Dąbrowski – zgromadzone materiały zachowały się jedynie w postaci mikrofilmów. Duża część przytoczonych relacji ma jednak bardzo istotną zaletę – była pisana na bieżąco i chociaż skażona jest uproszczeniami i próbami umniejszania zjawiska, to wyłania się z nich spójny obraz wydarzeń z października ‘59. Listy pisali ludzie „stąd”, czuli parafianie, warszawiacy, ale i przyjezdni (można powiedzieć: pielgrzymi).

>>> Tak wyglądał cud za przyczyną kard. Stefana Wyszyńskiego  

Służby przestrzegały przed przyjmowaniem przyjezdnych, funkcjonariusze prowadzili rozmowy ostrzegawcze, wzmocniono kontrole na dworcach i w pociągach. Operacja była zakrojona więc na szeroką skalę, ale w tej całej kontroli religijnego i społecznego wydarzenia nie brakowało błędów. Częstą pomyłką w dokumentach SB było nazywanie parafii na Nowolipkach parafią św. Faustyna (zamiast Augustyna). Dzięki tej inwigilacji wiemy, jakie nastroje panowały w społeczeństwie w związku z tymi wydarzeniami i wiem też, że ówczesne władze widziały w tym zagrożenie dla celu, które sobie postawiły, czyli ateizacji społeczeństwa. 

Każdy komunista i każdy milicjant, który tu przychodzi zostanie nawrócony (fragm. książki „Cud na Nowolipkach”).  

Warto zwrócić uwagę na relację ppor. Z. Leszka (oficer z Wydziału III), który był odpowiedzialny za prelustrację listów 11 października. Pisał on potem w raporcie: „Wszystkie dokumenty skontrolowane zawierają informację o zaistniałym cudzie, bądź zasłyszane, bądź stwierdzone naocznie”. Stwierdza on, że spora cześć tych relacji szczegółowo opisuje ukazywanie postaci z najdrobniejszymi detalami, takimi jak ubiór, trzymanie rąk, korona itp.  

Widziałam chłopskie furmanki i autobusy, którymi przyjeżdżały całe pielgrzymki. Pamiętam też, że władze wyłączały światło, cały Muranów tonął w ciemnościach. Ludzie mówili, że UB szuka w ten sposób przyczyny pojawienia się jasnego, świetlnego obłoku na szczycie wieży kościelnej. Ten obłok był biały, błyszczący i zajmował miejsce krzyża i kuli na której krzyż był umieszczony (Hanna Antosiewicz, fragm. książki „Cud na Nowolipkach”).  

fot. Maciej Kluczka

Autor książki – Witold Dąbrowski – miał możliwość rozmowy z wieloma naocznymi świadkami tych wydarzeń. „Intrygujące jest to, że Matka Boska widziana i od strony Nowolipki (to od frontu kościoła – przyp. red.) i od strony Dzielnej wyglądała tak samo” – podkreśla autor publikacji. Wszyscy świadkowie tych wydarzeń mówili niemal identycznie, że mieli wrażenie, jakby Maryja była kilka metrów od nich. Na miejscu, przy kościele św. Augustyna, spotkałem się z panem Witoldem Dąbrowskim. Dokumentalista pokazuje mi wiekowy blok, który stoi naprzeciwko kościoła. Cały czas „czuwali” tam funkcjonariusze SB. Mieli tam jedno mieszkanie i obserwowali przebieg wydarzeń. Były jednak i sytuacje… można powiedzieć paradoksalne. Na miejsce przyjeżdżali też SB-cy, ale nie w celach służbowych, ale prywatnych. Na miejscu zobaczyć można było też samochody należące do korpusu dyplomatycznego. Gdy jakiś towarzysz z bloku ZSRR był akurat w Warszawie, to w tamtych dniach także chciał zobaczyć te niecodziennie zjawisko. 

Milicja starała się reflektorami ten cud zasłonić, ale im się nie udało. Co prasa podaje, wszystko jest odwrotnie, wielu komunistów widziało te cud i dla nich jest to największą bolączką (z listu syna do rodziców, list Romana Fabiszewskiego).  

Powiem szczerze – w cud wierzę!  

Oprócz dokumentów, które niosą w sobie historię tamtych dni, oprócz faktów ze świata nauki (głównie fizyki) niezwykle ważne (jeśli nie najważniejsze) są relacje świadków. Jak podkreśla Witold Dąbrowski, od 1995 roku złota kula na szczycie wieży kościoła jest odnowiona. Zdrapano z niej smołowatą farbę, jaką w 1959 roku zamalowano na rozkaz SB miedzianą blachę. Od 7 lat ani procesy chemiczne ani odbicie słonczego lub księżycowego światła (czyli przywoływane wtedy przez aparat władzy „działania naturalne”) nie powodują świetlistego odblasku. „Dlatego, powiem szczerze, nie wierzę w żadne naturalne przyczyny zjawiska, jakie miały miejsce w dniach 7-31 października 1959 roku”. Dąbrowski dodaje, że nie można zignorować świadectw tylu ludzi. „Nie jest to możliwe, aby było to złudzenie optyczne albo wyobraźnia stworzyła w ich umysłach wizerunek Matki Boskiej i to tak dokładny z wieloma szczegółami”. Autor książki, historyk i parafianin w jednej osobie podkreśla, że nawet z dokumentów wytworzonych przez SB udało mu się wyłowić wiarygodne relacje, nieskażone tendencyjnym nastawieniem. Celowo za to pomijał artykuły, jakie ukazywały się w codziennych gazetach („Ekspresie Wieczornym”, „Kurierze Polskim” czy „Życiu Warszawy”), bo pisane były na zamówienie władzy i miały jeden cel: ośmieszyć, wykpić i wykazać, że świadkami cudu są ludzie „ograniczeni i fanatycy religijni przybywający ze wsi”, czy „miejscowe dewotki”. Informacja o cudzie była „newsem” we wszystkich agencjach prasowych na świecie, z wyjątkiem państw za żelazną kurtyną. Są świadectwa tych, którzy za przyczyną tamtych wydarzeń się nawrócili. Są i zapiski, które mogą wywoływać uśmiech na twarzy, bo wynika z nich, że także będący na miejscu SB-cy widzieli wizerunek Matki Boskiej i zdawali sobie sprawę z nadprzyrodzoności tego zjawiska. W relacjach pisali jednak o „rzekomym cudzie”, imię Maryi pisali z litery małej, a milicji z wielkiej. 

Zdjęcie: wierni i parafianie kościoła św. Augustyna, fot. Maciej Kluczka

A ludzi jest tyle, co na stadionie X-lecia w czasie dożynek. Są wśród nich milicjanci, wojskowi i kobiety z dziećmi. Teraz już nikt nie powie, że to jest nieprawdą. Objawienie trwało 20 minut bez przerwy (fragm. książki „Cud na Nowolipkach”)  

O wydarzeniach z 1959 roku powstała cytowana przeze mnie książka Witolda Dąbrowskiego „Cuda na Nowolipkach. Objawienie w kościele św. Augustyna z 1959 roku w Warszawie”. Książka została wydana w 2012 roku. Z kolei dokładnie rok temu – w październiku 2018 – premierę miał film o tym samym tytule. Reżyserem jest Michał Góral, scenariusz przygotował Witold Dabrowski. Obu panom dziękuję za pomoc przy poznawaniu wydarzeń sprzed 60 lat. Film pokazywany jest na specjalnie w tym celu organizowanych spotkaniach. Są jednak plany emisji dokumentu w Telewizji Publicznej. Trwają w tej sprawie rozmowy.  

Pozwólmy sobie na jeszcze jedno wspomnienie tamtych dni. Dziś 78-letnia pani Barbara tak opisuje to, co wtedy przeżyła i widziała (pisownia oryginalna): „W duchu prawdy i odpowiedzialności przed Panem Bogiem i Matką Najświętszą pragnę dać świadectwo zdarzeniu jakie miało miejsce w październiku 1959 roku, daty nie pamiętam. Byłam z moją mamą pod kościołem św. Augustyna, od ulicy Dzielnej… Wierni w kościele odmawiali różaniec, milicja reflektorami oświetlała wieżę kościoła. W pewnym momencie na wieży zobaczyłam Matkę Bożą, widziałam tak dokładnie jakbym stała około 5 metrów. Matki Bożej nie będę opisywać – po prostu nie ma słów, natomiast na twarzy widziałam wielko miłość, radość, ale też wielkie zatroskanie, wzrok miała skierowany w dół, którym obejmowała nas wszystkich zgromadzonych pod kościołem, widzenie trwało ok. 30 sekund, światło zgasło i widzenie zniknęło. Stałam jeszcze 1 godzinę, wieża była oświetlona, ale już nic nie widziałam…” 

 

Galeria (4 zdjęcia)
Zobacz także
Wasze komentarze