fot. Jerzy Nowiński

Mały koreański cud w Jandogłonie

6 min. zajmie Ci przeczytanie tego artykułu.

Dla wielu z nas Korea Południowa to jeden z gospodarczych tygrysów, który szturmem zdobyły świat elektroniki i motoryzacji. Znamy telefony komórkowe Samsunga, samochody Hyundaia, jednak okazuje się, że na półwyspie liczy się coś zupełnie innego. Jak możemy wyczytać z encyklopedii, Koreę zamieszkuje jedna z najliczniejszych wspólnot chrześcijańskich w całej Azji, a wierzących przybywa tu w zaskakującym tempie.

fot. Jerzy Nowiński

Wiara po azjatycku

Jeszcze pod koniec lat pięćdziesiątych było ich zaledwie 8%, dziś to już ponad jedna trzecia społeczeństwa. Wielu spośród moich koreańskich znajomych to zadeklarowani katolicy, a na ulicach miast pełno jest kościołów (znajdziemy je nawet w domach handlowych). Co więcej, aż 27 tysięcy Koreańczyków prowadzi za granicami kraju działalność misyjną (dane pochodzące z raportu Korean World Mission Association), dla porównania z Polski pochodzi niewiele więcej jak 2 tysiące misjonarzy.

Przeczytaj też >>> Korea Południowa. Bieda w cieniu wojny [MISYJNE DROGI] 

Chrześcijaństwo dotarło na Półwysep Koreański w sposób nietypowy, nie z pomocą Kościoła, a za sprawą świeckiego urzędnika. W XVIII wieku koreański dyplomata Piotr Yi Sung-hun przyjechał do Pekinu, gdzie po raz pierwszy zetknął się z wiarą w Chrystusa i przyjął chrzest. Kiedy pierwsi katoliccy misjonarze dotarli na Półwysep Koreański, znaleźli tam kwitnącą, czterotysięczną wspólnotę założoną przez Piotra. Niestety, podobnie jak w innych krajach Dalekiego Wschodu, chrześcijanie byli z początku krwawo prześladowani i przez pierwsze sto lat z powodu wiary zabito tam ponad 10 tysięcy osób.

fot. Jerzy Nowiński

Najważniejszą rolę w propagowaniu chrześcijaństwa pełniły Koreanki. Przez wieki rola kobiet w Korei była bardzo ograniczona. W konfucjańskiej rzeczywistości musiały być posłuszne wobec męża, zajmować się domem i wychowywaniem dzieci. Kościół przyniósł na półwysep prawdziwy feminizm. Misjonarze fundowali żeńskie szkoły, w których uczennice mogły zdobyć wykształcenie zarezerwowane do tej pory wyłącznie dla mężczyzn. Z Europy i Stanów płynęły nowe wzorce, a rodziny zaczęły przykładać coraz większą wagę do edukacji swoich córek. Wiara przyniosła kobietom wolność, a one w ramach wdzięczności stały się żarliwymi apostołami Chrystusa.

>>> Naiwni bogacze i sprytni biedacy. Korea Południowa na wielkim ekranie

Polska misja w Korei Południowej

Pomimo kilku godzin w samochodzie, niewyspania i lekkiego głodu czułem się zaskakująco dobrze. Panorama pokrytych soczystą zielenią wzgórz, śpiew ptaków oraz orzeźwiające wiosenne powietrze dodawały energii i pozwalały zapomnieć o zmęczeniu. Z uśmiechem odwróciłem się w stronę mozaiki, z której spoglądał na mnie Chrystus Miłosierny – dotarłem na miejsce. Prosto pod kaplicę prowadzoną przez polskich księży z zakonu pallotynów, która znajduje się w samym środku Półwyspu Koreańskiego – w Jandogłonie.

fot. Jerzy Nowiński

Chodząc po pachnących świeżością pomieszczeniach świątyni i domu rekolekcyjnego, aż ciężko uwierzyć, że jeszcze kilkanaście lat temu strome zbocze porastał las, a pod górę trzeba było chodzić piechotą. Z pełnym przekonaniem mogę napisać, że historia sanktuarium Jezusa Miłosiernego w Jangdogłonie, to opowieść o małym cudzie i ciężkiej pracy księdza Pawła Zawadzkiego. Ziemia w Korei jest bardzo droga i kiedy pallotyni otrzymali te tereny w darowiźnie od Członków Trzeciego Zakonu Karmelitańskiego, nie było wyboru. Trzeba było się pomodlić, zakasać rękawy i zabrać się za pracę. Ksiądz Paweł, pierwszy gospodarz domu zakonnego, z początku nosił worki z cementem na własnych plecach. Udało mu się również skorzystać z pomocy skoszarowanych w okolicy żołnierzy i razem umocnili zbocze pod budowę kaplicy. Dalej nie było łatwiej. Pod strome wzgórze nie dało się podjechać z ciężkim sprzętem dlatego wiele prac trzeba było wykonać manualnie. Znajoma tłumaczka, która w Korei spędziła prawie rok, wspominała, że z początku do sanktuarium nie prowadziła żadna asfaltowa droga. Trzeba było przeprawiać się samochodem terenowym przez górski strumień, który w czasie roztopów potrafił odciąć kaplicę od cywilizacji. Brakowało wygód, a zakonnicy i ich goście musieli spać jak za dawnych czasów Koreańczycy, bezpośrednio na podłodze.

>>> S. Sołtysik: misje to wspólne szukanie Pana Boga

fot. Jerzy Nowiński

Dziś ciężko w to wszystko uwierzyć: na miejsce prowadzi asfaltowa droga, rzekę przecina most, a już niedługo zakończy się budowa domu rekolekcyjnego. Wniosek jest jeden: wiara i ciężka praca potrafią zdziałać cuda.

Neonowe krzyże

Z uśmiechem przyznaję, że zachowanie księdza Jarka, polskiego rektora domu zakonnego w Jandogłonie, idealnie odzwierciedlało koreańskie chrześcijaństwo. Misjonarz był dosłownie wszędzie, a jego żywiołowa energia mimowolnie poprawiła mi humor. Problem był jeden – złapanie go stanowiło nie lada wyzwanie, a naszą rozmowę przeprowadziliśmy dosłownie w biegu.

fot. Jerzy Nowiński

Podczas dyskusji przeszliśmy na temat protestantów, którzy zdobyli w Korei Południowej bardzo silną pozycję (około dwóch trzecich chrześcijan to ewangelicy). Odpowiedź zakonnika była zaskakująca. Jak stwierdził, wszystko to za sprawą świetnego modelu biznesowego. Wierni oddają swojemu pastorowi 10% przychodu, stąd na samym początku kapłanowi wystarczy dosłownie kilka osób, które może zgromadzić w pokoju swojego mieszkania. Następnie, wraz ze wzrostem liczby parafian, zaoszczędzone fundusze inwestują w niewielką wieżyczkę, później mały kościółek, wreszcie katedrę. Efekty tej pracy widać zwłaszcza nocą, kiedy zachodzi słońce i koreańskie miasta rozświetlają setki neonowych krzyży, którymi zwieńczone są protestanckie konstrukcje.

>>> Bp Stułkowski: nie każdy musi wyjechać na misje, by wspierać dzieła misyjne

Nabożeństwo w stylu koreańskim

To, po co przyjechałem do Jangdogłonu, to nie tylko widoki czy opowieści – chodziło mi przede wszystkim o niedzielną mszę świętą. Kaplica pełni rolę domu zakonnego i miejsca pielgrzymek, stąd najczęściej nie ma tu zbyt wielu wiernych (chodzą do kościoła parafialnego). Jednak dla mnie możliwość uczestniczenia w koreańskim nabożeństwie była niezwykłym doświadczeniem.

fot. Jerzy Nowiński

Pierwszym co rzuciło mi się w oczy po wejściu do sanktuarium, była stojąca przy wejściu półka na kapcie. W związku z tym, że w Korei kościół jest domem, a nie przestrzenią publiczną, zewnętrzne obuwie należy zostawić w przedsionku. Po świątyni możemy chodzić wyłącznie w specjalnych klapkach, albo na bosaka. Następną niespodzianką były białe, koronkowe chustki, które nosiły prawie wszystkie obecne na mszy świętej panie. Narzucone na głowę niczym welon dodawały im uroku, a jak dowiedziałem się od księdza Jarka, stanowiły pamiątkę po chrzcie świętym. Ostatnim elementem specyficznym dla Korei była skrzynka stojąca przy ołtarzu. W odróżnieniu od Polski, ksiądz nie zbiera tu datków na tacę, a wierni sami wrzucają ofiarę do małego drewnianego pudełka (w związku z tym, że znajduje się ono na widoku, łatwo zauważyć kto miga się od wspierania kościoła).

fot. Jerzy Nowiński

Z przyjemnością patrzyłem również na postawę, z jaką do Chrystusa podchodzili Koreańczycy. Równo złożone do modlitwy dłonie, pełne czci ukłony w kierunku ołtarza i piękny śpiew – razem tworzyły podniosłą, a przy tym bardzo pozytywną mieszankę. Do tego dochodziło zaangażowanie wiernych w sprawy Kościoła. Parafianie pomagali w przygotowaniu posiłków dla przyjeżdżających do Jangdogłonu pielgrzymów, po skończonym nabożeństwie wszyscy uczestniczyli w adoracji Najświętszego Sakramentu, po czym całą grupą podeszli porozmawiać z księdzem Jarkiem. Z okazji mojego przybycia kazanie zostało przetłumaczone na język polski, choć i bez tego czułem się w Jangdogłonie jak w domu.

Galeria (5 zdjęć)
Zobacz także
Wasze komentarze