fot. Rafael Armada

Uchodźcy w mieście złota [REPORTAŻ]

10 min. zajmie Ci przeczytanie tego artykułu.

Każdego roku z kilku krajów afrykańskich tysiące migrantów i uchodźców przybywają do Johannesburga. To bohaterowie mało znanego ruchu demograficznego, który warunkuje życie obywateli RPA i nowych mieszkańców tego kraju.

Jedna z największych na świecie miejskich populacji uchodźców ubiegających się o azyl zamieszkuje właśnie w Johannesburgu. Szacuje się, że liczy ona około pół miliona osób. Większość pochodzi z krajów afrykańskich zamieszanych w konflikty. Życie w wielkim mieście jest dla nich trudne. Znalezienie miejsca do spania, pracy czy uregulowanie pozwolenia na pobyt to niełatwe zadanie dla tych, którzy uciekają do Johannesburga przed horrorem, jaki spotkał ich w ich ojczyznach. Dom Miłosierdzia i Jezuicka Służba ds. Uchodźców powstała w Republice Południowej Afryki dwadzieścia lat temu i nadal służy setkom marginalizowanych ludzi tej metropolii.

fot. Rafael Armada

Jednym z nich jest Joseph (imię zmienione). Uciekł z Burundi w lutym 2014 r. Reżim zamordował mu ojca. Zabrano go z domu i słuch po nim zaginął. Podobnie jak tysiące innych Burundyjczyków wypowiadał się przeciwko prezydentowi Pierre’owi Nkurunzizie, który po raz trzeci zdobył mandat prezydencki, co jest sprzeczne z konstytucją tego kraju. Joseph był świadkiem aresztowania ojca, a kiedy sprawę chciał zgłosić wymiarowi sprawiedliwości, natknął się na policjanta, który zabierał jego ojca z domu rodzinnego. Wtedy zaczęli szukać i jego. Wyruszył więc z kraju. W pojedynkę, zostawiając matkę i trzy siostry. Przez sześć dni jechał autobusem przez Tanzanię, Zambię i Zimbabwe do RPA. Historia Josepha jest podobna do historii wielu ludzi, którzy każdego dnia przyjeżdżają do Johannesburga, uciekając przed konfliktami, zwłaszcza z Etiopii, Demokratycznej Republiki Konga, Nigerii, Somalii lub Burundi, kraju Josepha.

>>> RPA: niezwykła procesja Zakonu Franciszkańskiego [WIDEO]

Przyjazd do kraju

W RPA nie ma obozów dla uchodźców, które istnieją w wielu innych krajach. Są tam cztery ośrodki recepcyjne zlokalizowane w Pretorii, Kapsztadzie, Durbanie i Mesynie, na wschód od granicy z Zimbabwe. Uchodźcy w ciągu pięciu dni od przybycia muszą zarejestrować się w jednym z nich. Tam otrzymują kartę osoby ubiegającej się o status uchodźcy, która pozwala im na podjęcie nauki lub pracy. Jednak przy stopie bezrobocia bliskiej 35% znalezienie legalnej pracy w RPA jest prawie niemożliwe. Często pozostaje jedynie opcja sprzedaży ulicznej lub radzenia sobie żyjąc jakoś na ulicy.

fot. Rafael Armada

Zdobycie lokum jest kolejnym dużym wyzwaniem dla nowo przybyłych. Ogólnie mówiąc, uchodźca nie ma gdzie spać w wielkim mieście. Przy odrobinie szczęścia ktoś udostępni mu pokój, przynajmniej na kilka pierwszych dni. Wiele osób wydaje prawie wszystko co ma, aby opłacić czynsz za pokój, w którym zwykle mieszka cała rodzina. Potem ledwie starcza na inne wydatki, ale jeśli nie zapłacą czynszu, skończą na ulicy.

>>> RPA: Bóg zakończył kryzys z wodą

Do czasu uzyskania statusu uchodźcy karta osoby ubiegającej się o azyl musi być stale odnawiana. To kolejny koszmar. Można to tylko zrobić w urzędach imigracyjnych, w których każda osoba musi się zarejestrować natychmiast po przyjeździe do kraju. – Jest to trudne, bo jeśli jesteś w Johannesburgu, musisz się przemieszczać, czasami spędzasz całe dnie przy drzwiach biura, dopóki się tobą nie zajmą. Źle cię traktują. Transport jest tu drogi, a trzeba jechać z dziećmi – wyjaśnia Henriette, Kongijka z Gomy, która ma około 30 lat. Do RPA przybyła w 2007 r. wraz z matką i dwójką rodzeństwa, uciekając przed przemocą w ich regionie, na wschodzie kraju. Kiedy z nią rozmawialiśmy, nie miała jeszcze statusu uchodźcy. Ma dwoje dzieci i na ulicznym straganie sprzedaje wszystko, co pozwala im przeżyć. – Nie narzekam na akceptację mieszkańców RPA, problemem jest administracja. Czasem przedłużają kartę na sześć miesięcy, czasem na trzy miesiące albo tylko na miesiąc – opowiada. Osoby, które wreszcie uzyskują status uchodźcy (często po dziesięciu latach), mają wówczas dostęp do świadczeń chorobowych i emerytalnych, tak jak każdy obywatel RPA. Pod koniec 2016 r. Ministerstwo Spraw Wewnętrznych Republiki Południowej Afryki zarejestrowało 170 tys. uchodźców i nieco poniżej miliona osób ubiegających się o status uchodźcy, co odzwierciedla ogromną skalę tego zjawiska.

Organizacja Narodów Zjednoczonych i Rząd RPA uznają daną osobę za uchodźcę, jeśli ucieka ona z kraju z powodu wojny lub braku stabilności społecznej, z powodu ryzyka prześladowań ze względu na orientację seksualną, religię, przynależność polityczną czy etniczną. Z drugiej strony, imigrant to także osoba, która emigruje w poszukiwaniu lepszej przyszłości, z powodu braku pracy lub perspektyw życiowych w miejscu swego pochodzenia.

fot. unsplash

W Republice Południowej Afryki jest około pięciu milionów imigrantów, głównie z Zimbabwe, Mozambiku i Nigerii. W przeciwieństwie do migrantów ekonomicznych, osoby ubiegające się o azyl mogą tymczasowo studiować lub pracować. Rząd uważa to za powód, dla którego wielu imigrantów ubiega się o azyl, nie będąc jednocześnie uchodźcami.

>>> RPA: zakończyło się afrykańskie spotkanie młodzieży Wspólnoty z Taizé

Republika Południowej Afryki rozważa utworzenie jednego ośrodka dla uchodźców, w praktyce obozu przetrzymywania uchodźców, wzdłuż granicy z Mozambikiem. Osoba ubiegająca się o azyl byłaby tam zamknięta do czasu przyznania jej statusu uchodźcy lub odmowy nadania takiego statusu. W tym ostatnim przypadku prawdopodobnie zostałaby odesłana do Mozambiku, przez który większość uchodźców wjeżdża do kraju. Społeczeństwo obywatelskie postrzega tę reformę prawa jako manewr ograniczający prawa uchodźców. W 2014 r. 15% wniosków o nadanie statusu uchodźcy zostało rozpatrzonych pozytywnie, rok później odsetek ten spadł do czterech procent. Na szczęście są też tacy ludzie, którzy stoją po stronie najbardziej pokrzywdzonych.

Dom dla uchodźców

Diana Bemish rzuciła pracę nauczycielki, by poświęcić swoje życie uchodźcom. Ponad 20 lat temu założyła Mercy House (Dom Miłosierdzia), ośrodek położony w północno-wschodniej części miasta, w którym schronienie znalazło 22 uchodźców. – Byłam zszokowana obrazami exodusu z Rwandy w 1994 r. i pomyślałam, że muszę coś zrobić. Zaczęliśmy od wynajęcia małego domu dla pięciu uchodźców i był to cud Opatrzności – opowiada kobieta. Większość z tych ludzi uczęszcza do katedry w Johannesburgu, gdzie regularnie uczy się angielskiego. – W Mercy House żyje się jak w rodzinie. Chociaż wyjechałem stamtąd trzy lata temu, to nadal jest to mój dom – mówi Donatus, Burundyjczyk, który uciekł ze swojego kraju w 2003 r. i obecnie pracuje jako oddziałowy w publicznym szpitalu w Johannesburgu. W Mercy House znalazł miejsce, w którym mógł leczyć rany psychiczne – nosił je ze sobą po tak wielu aktach przemocy i ciągłej ucieczce z jednego miejsca do drugiego. Przejechał przez DRK i Tanzanię, żeby w końcu osiąść w Johannesburgu. Zapisał się do Szkoły Biblijnej w Pretorii, a następnie studiował pielęgniarstwo. Pracował nawet jako świecki misjonarz w Malawi nad projektami promującymi kobiety. – Miłość, modlitwy i środowisko domowe, w którym żyłem przez 10 lat w Mercy House, uleczyły moje rany – mówi. Teraz, kiedy przyzwyczaił się do życia w RPA, jako chrześcijanin mówi, że nauczył się przebaczać i modlić za kraj, który go przyjął. – Kiedy tu przyjechałem, przeżyłem szok kulturowy. Zwyczaje, ubrania, jedzenie – wszystko było inne niż w moim kraju – przyznaje mężczyzna. Dodaje też, że teraz ceni poczucie autonomii mieszkańców RPA, od których zaznał gościnności.

Mama Mi pochodzi z Rwandy i woli nie pamiętać o trudnościach, jakie napotkała po drodze do Johannesburga. Teraz opiekuje się dziećmi w Mercy House, ale także gotuje. Jest członkiem komitetu koordynującego prowadzenie domu. – Tutaj zaczęłam nowe życie, z innymi. Dlatego jestem wdzięczna Bogu.

fot. Rafael Armada

Mercy House zapewnia uchodźcom miejsce pobytu, ale też zaspokaja ich podstawowe potrzeby, daje możliwość studiowania i zrobienia kursów technicznych. Niektórzy jego mieszkańcy pracują teraz jako specjaliści. Tam też pogłębiają swoją wiarę, modlą się i wspólnie świętują. W każdą środę gromadzą się wokół słowa Bożego. – Relacja między nami jest spokojna, nie ma konfliktów, żyjemy w pokoju – skomentował jeden z przyjętych. Wiele osób marzy o znalezieniu pracy i pomocy członkom rodziny, których pozostawili w kraju.

Jezuici, o krok przed nami

Oprócz Mercy House w mieście pojawiły się inne inicjatywy mające na celu opiekę nad uchodźcami, a wśród nich jedna, być może, z najlepiej zorganizowanych, która opatrzona jest pieczęcią Towarzystwa Jezusowego. Ojciec Arrupe, jezuicki generał w latach osiemdziesiątych, założył Jezuicką Służbę Uchodźcom (skrót angielski JRS) w odpowiedzi na rozpaczliwą sytuację uchodźców wietnamskich. Dziś instytucja, która jest częścią posługi społecznej zgromadzenia, jest obecna w 55. krajach.

>>> Pap i chakalaka, czyli kukurydza w sosie prosto z RPA

W Republice Południowej Afryki jezuici rozpoczęli swoje dzieło w roku 1998, a ich prace koncentrują się na zwróceniu uwagi na najróżniejsze potrzeby, które napotyka osoba ubiegająca się o azyl po przyjeździe do kraju. Dyrektor Johan Viljoen przyznaje, że musi odpowiedzieć na liczne wyzwania stojące przed uchodźcami. Jezuici pomagają im z zakwaterowaniem i zaspokojeniem podstawowych potrzeb. – Staramy się skłonić ich do nostryfikacji dyplomów, oferujemy szkolenia lub możliwość założenia małej firmy. Pomoc medyczna czy transport do szpitala dla tych, którzy nie mają żadnych innych możliwości, jest również częścią naszej misji – wyjaśnia Viljoen. Dodaje, że potrzeby uchodźców są przeróżne, ale próbują je jak najszybciej ustabilizować. Najważniejsze jest, że mogą założyć własną firmę, ponieważ uzyskanie umowy o pracę jest praktycznie niemożliwe. Stąd też JRS założył Ośrodek Arrupe, szkołę kwalifikacji technicznych dla kobiet-uchodźców.

fot. unsplash

Siostra Lidia Danyluk, Argentynka, dominikanka i pasjonatka służby na rzecz potrzebujących, jest członkiem zespołu tego ośrodka. W Argentynie pomagała w walce z handlem dziećmi, pracowała w więzieniach i w szpitalu z niedożywionymi dziećmi. – Zawsze w zespole; nie wiem, jak to jest pracować w inny sposób – mówi. Dwanaście lat spędziła w regionie Kwazulu Natal, była zaangażowana w programy pomocy sierotom i walki z AIDS. – Tam miałam do dyspozycji wiele środków, ale tutaj jest inaczej. Wszystkiego muszę się uczyć od samego początku – opowiada duchowa córka św. Dominika. Następnie zaczęła łączyć pracę w JRS z domem dla uchodźców Bienvenu Shelter. – Mam ogromny szacunek dla uchodźców. Po tym, przez co przeszli, i niesamowitym cierpieniu nadal trzymają się na nogach, a nawet uśmiechają. Dla mnie są bohaterami. Nie mam słów, aby wyrazić, jak bardzo ich cenię – mówi i bierze łyk mate z dużego kubka. Jej zdaniem „są oni najbardziej bezbronnymi, ponieważ nie mają ziemi lub miejsca, które mogliby nazwać domem, zawsze są w ruchu… Żyją w gorszych warunkach niż miejscowi, we wszystkich aspektach”.

Dwukierunkowa integracja

Siostra Lidia z zawodu jest pracownikiem socjalnym, udziela uchodźcom wsparcia psychologicznego. Dba o to, aby ich dzieci były w szkole, upewnia się, że otrzymują dokumenty… Aby to osiągnąć, współpracuje – gdy jest to konieczne – z różnymi instytucjami, takimi jak szkoły, organizacje pozarządowe, szpitale czy policja. We współpracy z lokalną społecznością podejmuje wysiłki na rzecz promowania kultury gościnności. – Próbujemy zwiększyć tę świadomość, aby zapobiec aktom przemocy i ksenofobii. Jest wiele do zrobienia na polu integracji. Dla wielu mieszkańców RPA imigranci i uchodźcy to to samo. Kiedy wyjaśniamy im rzeczywistość uchodźców, rozumieją ją i stają się posłańcami tego przesłania w swoich wspólnotach – wyjaśnia argentyńska zakonnica. Uznaje jednak, że uchodźcy również muszą podjąć wysiłek, aby nawiązać kontakt z mieszkańcami, ponieważ mają tendencję do grupowania się w dzielnicach zamieszkiwanych przez osoby danego pochodzenia społecznego lub narodowości. – Czują się bezpiecznie ze swoimi współobywatelami, ponieważ wielu z nich było przedmiotem ataku. Integracja musi być prowadzona w obu kierunkach – dopowiada.

Panorama Johannesburga, fot. unsplash

Diecezja johannesburska oferuje również uchodźcom opiekę duszpasterską w katedrze. Stara się zachęcić wspólnotę do przyjmowania i tworzenia w kościele przestrzeni dla uchodźców, to propozycja stworzona z myślą o katolikach.

>>> RPA: nie żyje belgijski oblat. To pierwszy misjonarz zamordowany w 2020 roku

Siostra Lidia pokazuje mi ośrodek Arrupe, w którym prowadzone są kursy angielskiego, szycia, pielęgnacji urody, fryzjerstwa, kursy piekarskie. Pomysł jest taki, że po zakończeniu kursu każdy może założyć własną firmę. W tym celu na początku otrzymuje niezbędne szkolenia i instrumenty do rozpoczęcia projektu. Do ośrodka uczęszcza Kongijka Henriette, która wkrótce ukończy kurs szycia. Jej marzeniem jest założenie małego warsztatu i porzucenie sprzedaży ulicznej. – Każdego dnia, który mija, znajduję powody, by dziękować i chwalić Boga, ponieważ był nam wierny i był z nami. Mam nadzieję, że ośrodek Arrupe będzie nadal pomagać wielu kobietom – mówi. Na pożegnanie zapytałam Lidię, co sądzi o swojej pracy z uchodźcami. – Jakiś czas temu postanowiłam być szczęśliwa, gdziekolwiek będę. Życie jest zbyt krótkie i w każdej chwili trzeba się nim cieszyć i być szczęśliwym posłańcem. Inaczej nie da się nadziei ludziom, którzy tak bardzo walczą o siebie. Nadszedł więc czas, by dać z siebie wszystko. Moim marzeniem jest żyć pełnią życia każdego dnia i podążać za wolą Bożą dzisiaj, nie jutro. Najważniejsze jest to, jak się dzisiaj z tym żyje.

Zobacz także
Wasze komentarze