Mój ojciec – Józef

3 min. zajmie Ci przeczytanie tego artykułu.

Módl się do Świętego Józefa – to wielki, cenny patron” mówiła mi od młodości moja Mama. I tak już mi zostało w pamięci. Wiedziałem, że to mój opiekun, że mogę na niego liczyć, że jest tam, „na górze”, ale też bardzo blisko, codziennie, obok mnie. To mój tata. Mam go przecież wypisanego na dowodzie osobistym. Tuż za moim imieniem. Bo jestem Józef. Maciej Józef!  

Szczególną więź czułem z nim dzięki temu, że Mama postanowiła mi nadać imię „Józef” przy sakramencie Chrztu św. Jestem więc Maciej Józef. Bardzo lubię to imię. Wśród moich rówieśników rzadko spotykane, a jednocześnie znane, zakorzenione w naszej historii i kulturze. Nie bez znaczenia było też to, że przez większość dzieciństwa i okresu dojrzewania wychowywałem się bez ojca – tego tu, na ziemi. Józefa „wykorzystywałem” więc do codziennych, przyziemnych spraw. Gdy uczyłem się do matury, gdy decydowałem o kierunku studiów, który chcę wybrać, gdy przeżywałem trudności okresu dojrzewania. Wiedziałem wtedy, że mój ojciec – Józef nie skarci mnie za jakieś głupie zachowania, ale nie chciałem tego wykorzystywać, nie chciałem sam sprawiać mu przykrości. Relacja z takim ojcem wymaga sporo zachodu, cierpliwości, starania i czasu. Nie chciałem tego burzyć. Z drugiej strony zawsze wiedziałem, że jest gdzieś obok, że nie zawiedzie i nie zostawi.  


 

Zawsze w portfelu noszę jego zdjęcie. Inni noszą zdjęcie swojej dziewczyny albo syna, ja mam ojca. Zawsze mogę przypomnieć sobie jego twarz. Bardzo pomógł mi na początku ubiegłego roku. To był dla mnie dość trudny okres. Zmieniałem pracę, szukałem nowej. Oprócz zawirowań zawodowych były jeszcze te prywatne. Dużo niepewności, obaw, decyzji, które trzeba było podjąć. Na szczęście on zawsze był blisko. Dosłownie. W swoim domu. Wtedy niemal codziennie spotykaliśmy się w jego sanktuarium. Miejscu, w którym jest zawsze i czeka na rozmowę – u karmelitów bosych na poznańskim Wzgórzu Świętego Wojciecha. To tam – w obrazie za ołtarzem – można zobaczyć jego oblicze. Majestatyczne, spokojne. Bo Józef to mężczyzna stateczny, ale odważny. Pokorny, ale zdecydowany. Cierpliwy i konsekwentny. To Ojciec przez wielkie „O”. Namacalnie czułem wtedy jego opiekę, wsparcie. Wiedziałem, że poprowadzi mnie przez życiowe zawieruchy. Każde nasze spotkanie dodawało mi i spokoju i energii jednocześnie. Zawsze będę mu za to wdzięczny!  

 

Staram się, by nasza relacja nie była tylko taką od święta, nie tylko wtedy, gdy czegoś potrzebuję. Nie chcę, by to było tak, że „dzwonię rzadko i na krótko”. Dbam o to, byśmy rozmawiali codziennie. Radzę się go w różnych sprawach. Gdy gdzieś w mieście przechodzę obok kościoła pod jego wezwaniem, wchodzę chociaż na minutę. Wtedy czuję się tak, jakby to on dzwonił do mnie. A od ojca telefon odebrać trzeba!

W Józefie najbardziej podoba mi się po prostu jego życiowość! To, że jest zaradny, nie poddaje się, gdy życie bywa trudne. Jest po prostu facetem z krwi i kości. Też chcę taki być. Jak mój tata! A dzisiejsza uroczystość (Świętego Józefa, Oblubieńca Najświętszej Maryi Panny) to dla mnie jak Dzień Ojca!  

Mój ojciec – Józef
Oceń ten artykuł

Zobacz także
Wasze komentarze