fot. Freepik
Dyrektor Domu Rodzinnego Caritas: za trudnym zachowaniem bardzo często stoi ogromny lęk [ROZMOWA]
Choć formalnie jest to placówka opiekuńczo-wychowawcza, jej twórcy i pracownicy starają się, by jak najbardziej przypominała zwyczajny dom. Jak wygląda codzienność dzieci, które trafiły tu po trudnych doświadczeniach? I dlaczego poczucie bezpieczeństwa buduje się czasem przez wspólne śniadanie i wieczorną bajkę? O tym w rozmowie z Karoliną Binek opowiada Joanna Trawczyńska-Rocha – dyrektor Domu Rodzinnego Caritas Archidiecezji Poznańskiej.
Karolina Binek (misyjne.pl): Co było największą motywacją do stworzenia domu dziecka typu rodzinnego?
Joanna Trawczyńska-Rocha: – Przede wszystkim warto wyjaśnić jedną rzecz, bo bardzo często ludzie mylą rodzinny dom dziecka z domem dziecka typu rodzinnego. Rodzinny dom dziecka to najczęściej sytuacja, w której konkretna rodzina przyjmuje dzieci do swojego domu i mieszka razem z nimi. Natomiast nasza placówka jest domem dziecka typu rodzinnego. To oznacza, że formalnie pozostaje placówką, w której pracują wychowawcy mający swoje dyżury i zmiany. Ja jestem odpowiedzialna za funkcjonowanie całego domu. To nie wygląda więc tak, że wszystkie dzieci mieszkają ze mną jak z rodziną zastępczą. Bardzo zależało mi jednak na tym, żeby mimo formalnej struktury stworzyć miejsce, które będzie możliwie najbardziej przypominało normalny dom. Wcześniej przez piętnaście lat pracowałam w domu dziecka i to doświadczenie bardzo mnie ukształtowało. Ta praca zawsze była dla mnie ważna. A kiedy pojawiła się możliwość stworzenia własnej placówki, pomyślałam, że chciałabym zrobić coś trochę inaczej. Stworzyć miejsce, które nie będzie kojarzyło się dzieciom z instytucją, w którym będą mogły poczuć się zaopiekowane, bezpieczne i wysłuchane.
Jak wygląda zwykły dzień w takim domu?
– Tak naprawdę bardzo podobnie do życia w zwyczajnej rodzinie. Dzień zaczyna się rano od śniadania i przygotowania dzieci do szkoły. Wychowawca, który ma nocny dyżur, pomaga młodszym dzieciom się ubrać, pilnuje śniadania, przygotowuje kanapki i sprawdza, czy wszystko jest spakowane. Starsze dzieci jadą autobusem same, a młodsze są odwożone samochodem do szkoły albo przedszkola. Później dzieci wracają do domu. Jedzą obiady w szkołach, ale mimo wszystko po powrocie prawie zawsze są głodne, więc razem z wychowawcami przygotowują coś dodatkowego. To często są bardzo zwyczajne rzeczy, takie jak naleśniki, tosty, makaron albo wspólne pieczenie czegoś prostego. I właśnie w takich momentach buduje się codzienność. Po południu dzieci odrabiają lekcje. Wychowawcy pomagają im w nauce, tłumaczą zadania i pilnują szkolnych obowiązków. Bardzo dużo dzieci ma też zajęcia dodatkowe. Mamy piłkarzy, dziewczynkę chodzącą na zajęcia plastyczne, dzieci jeżdżące na akrobatykę. Do tego dochodzą różne zajęcia terapeutyczne: psycholog, integracja sensoryczna, logopedia. To wszystko trzeba zorganizować, dowieźć dzieci na odpowiednią godzinę albo nauczyć je samodzielnego dojazdu. Wieczorem jest kolacja, kąpiel i spokojniejszy czas. Młodszym dzieciom wychowawcy czytają bajki na dobranoc. Starsze dzieci bardzo często też proszą o wspólne czytanie. I to są takie momenty, które chyba najbardziej przypominają normalny dom.
Jakie zasady obowiązują w placówce? Dzieci mają swoje obowiązki?
– Tak naprawdę są to zasady podobne do tych, które obowiązują w większości domów. Najważniejsze jest to, że nie stosujemy przemocy. I to jest dla naszych dzieci bardzo trudne. Bo większość z nich wychowywała się w środowiskach przemocowych. One bardzo często od początku życia znały tylko taki sposób rozwiązywania konfliktów, jak krzyk, agresja, wyzwiska, a czasem też przemoc fizyczna. Dlatego nauczenie ich, że można rozmawiać inaczej, jest bardzo długim procesem. Mamy też jasno określone zasady dotyczące telefonów i komputerów. Młodsze dzieci nie mają telefonów. Natomiast starsze korzystają z nich tylko w wyznaczonych godzinach. Bardzo pilnujemy tego, żeby dzieci nie spędzały całych popołudni przed ekranem. Chcemy, żeby miały kontakt ze sobą nawzajem, żeby wychodziły na dwór, bawiły się, rozmawiały. I tak, każde dziecko ma też obowiązki. Starsze dzieci sprzątają swoje pokoje, chowają rzeczy do szaf i pomagają w codziennych pracach. Mamy dyżury i najczęściej starsze dziecko pomaga młodszemu. Jedno sprząta kuchnię, drugie zbiera zabawki. To też buduje odpowiedzialność. I poczucie, że wszyscy tworzymy wspólne miejsce.
Dzieci mają kontakt z rodzinami biologicznymi czy też raczej nie ma takiej możliwości?
– Tak, wszystkie dzieci mają kontakt z rodzinami biologicznymi. Oczywiście wygląda to bardzo różnie. Są rodzice, którzy naprawdę starają się uczestniczyć w życiu dzieci. Dzwonią, odwiedzają je, interesują się ich szkołą i codziennością. Ale są też rodzice, którzy robią to znacznie rzadziej. My zawsze umożliwiamy kontakt i nigdy go nie blokujemy. Natomiast inicjatywa musi wyjść od rodzica. I to bywa często bardzo trudne dla dzieci. Bo dzieci mimo wszystkiego naprawdę kochają swoich rodziców. Nawet jeśli doświadczały z ich strony przemocy, a w domu było bardzo źle, to wciąż są ich rodzice. I kiedy pojawia się zawód, niedotrzymane obietnice albo odwołane spotkania, dzieci bardzo to przeżywają. To chyba też dla mnie jedna z najtrudniejszych części tej pracy.

To musi być dla nich naprawdę trudne doświadczenie. A z jakimi emocjami dzieci najczęściej trafiają do placówki?
– Przede wszystkim z ogromnym lękiem. Zmiana zawsze jest dla dziecka stresem. Nawet jeśli dom rodzinny był bardzo trudnym miejscem, to jednak był miejscem znanym. A tutaj nagle pojawiają się nowi ludzie, nowe zasady, nowe pokoje i zupełnie inna codzienność. Dzieci boją się, że nie będą wiedziały, jak się zachować, że ktoś je odrzuci, że znowu będą musiały walczyć o uwagę. Mamy też dzieci, które trafiają do nas z innych placówek. I dla nich kolejna zmiana również jest ogromnym stresem. Dlatego bardzo staramy się przygotować dzieci do przeprowadzki. W związku z tym przyjeżdżają wcześniej, poznają dom, pokazujemy im pokoje, ogród, wychowawców i codzienność. Chcemy, żeby mogły oswoić to miejsce jeszcze zanim tutaj zamieszkają. Oczywiście to nie zabiera całego lęku, ale chociaż trochę pomaga.
Co jest najważniejsze w budowaniu poczucia bezpieczeństwa u dziecka, które już tak wiele przeszło?
– Przede wszystkim pokazanie dziecku, że tutaj nic złego mu się nie stanie, że nawet jeśli popełni błąd albo zrobi coś niewłaściwego, nikt nie odpowie przemocą. To dla wielu dzieci jest zupełnie nowe doświadczenie. One często są przyzwyczajone do tego, że za pomyłkę pojawia się krzyk albo kara. Tutaj próbujemy reagować spokojnie, rozmawiać z nimi, tłumaczyć. Oczywiście mamy zasady i dzieci muszą ich przestrzegać. To nie jest tak, że na wszystko pozwalamy. Ale bardzo pilnujemy tego, żeby każde dziecko rozumiało, dlaczego jakaś zasada istnieje. I żeby wiedziało, że nawet jeśli zrobi coś źle, dalej jest dla nas ważne. Bezpieczeństwo buduje się też przez zwyczajną codzienność, na którą składa się chociażby stałość czy powtarzalność. To, że rano zawsze ktoś zrobi śniadanie, że wieczorem ktoś przeczyta bajkę, że można przyjść i powiedzieć, że jest smutno albo trudno. Dzieci bardzo potrzebują przewidywalności. Bo wcześniej często żyły w chaosie.
Jak budować poczucie własnej wartości u dzieci po trudnych doświadczeniach?
– To jest bardzo trudny i bardzo powolny proces. Wiele naszych dzieci nigdy wcześniej nie usłyszało, że coś potrafią, że mają talent, że są tak po prostu dobrymi ludźmi. Dlatego próbujemy szukać takich przestrzeni, w których dziecko może poczuć się kompetentne. Stąd właśnie tyle zajęć dodatkowych. Szukamy czegoś, co będzie dla konkretnego dziecka sukcesem. Jedno świetnie rysuje, drugie odnajduje się w sporcie. Ktoś inny pięknie śpiewa albo ma talent organizacyjny. Każde dziecko ma w sobie coś wartościowego. Tylko bardzo często wcześniej nikt tego nie zauważył. I kiedy dziecko zaczyna widzieć, że coś mu wychodzi, że ktoś je chwali i docenia, wtedy powoli zaczyna się budować poczucie własnej wartości. To nie dzieje się od razu, ale zaczyna się właśnie od takich małych sukcesów.
Co jest dla Pani oraz dla innych pracowników najtrudniejsze w pracy z dziećmi po traumach?
– Chyba to, że zmiany zachodzą bardzo powoli. Człowiek chciałby czasami zobaczyć efekty od razu, a tutaj trzeba ogromnej cierpliwości. Jeśli dziecko przez całe życie rozwiązywało konflikty agresją, to nauczenie go innego sposobu reagowania wymaga lat. I czasami człowiek ma poczucie bezradności, bo daje z siebie wszystko, a efekty pojawiają się bardzo powoli. Trudne są też sytuacje związane z rodzinami biologicznymi. Tak, jak wspomniałam, są rodzice, na których dzieci mogą liczyć. Ale są też tacy, którzy zawodzą. Nie przyjeżdżają, nie odbierają telefonu. Nie dotrzymują obietnic. I wtedy widzi się cierpienie dziecka. To jest bardzo trudne. Myślę też często o tym, że dla małych dzieci najlepszym rozwiązaniem zawsze jest rodzina zastępcza. I bardzo boli mnie to, że tych rodzin po prostu brakuje. Wiele dzieci trafia do placówek tylko dlatego, że nie udało się znaleźć dla nich domu.
Jakie momenty w tej pracy dają największą satysfakcję?
– Najbardziej cieszą takie małe przełomy. Na przykład sytuacja, kiedy dziecko, które wcześniej reagowało agresją, nagle potrafi wyjść z pokoju i powiedzieć: „Nie chcę teraz rozmawiać”. To może wydawać się drobiazgiem, ale dla nas to ogromny sukces. Bo oznacza, że dziecko zaczyna inaczej radzić sobie z emocjami. Bardzo poruszające są też momenty związane z bliskością. Mieliśmy dzieci, które na początku w ogóle nie chciały się przytulać. Unikały kontaktu, były spięte, wycofane. I kiedy po kilku miesiącach takie dziecko samo przychodzi, przytula się albo mówi „lubię cię”, to są naprawdę niezwykłe chwile. Wtedy człowiek widzi, że coś w środku zaczyna się odbudowywać. Że powoli puszcza lęk.
Jakie wyzwania, z Pani perspektywy, wiążą się z prowadzeniem takiej placówki?
– Bardzo dużo jest wyzwań organizacyjnych. Mamy ośmioro dzieci. Nie jesteśmy dużą placówką, ale jednocześnie nie mamy też rozbudowanego zaplecza kadrowego. W większych domach dziecka często jest psycholog na etacie, kierowca, sekretarka czy zastępca dyrektora. Tutaj bardzo wiele rzeczy robię sama. Jestem trochę kierowcą, trochę psychologiem, trochę organizatorem, trochę pielęgniarką. Codziennie trzeba coś załatwić, pojechać do lekarza, zorganizować terapię, rozwiązać konflikt, dopilnować szkoły. To jest ogromna odpowiedzialność. Dużym wyzwaniem jest też dobór odpowiedniej kadry. To naprawdę nie jest praca dla każdego. Trzeba mieć ogromną cierpliwość i umiejętność zachowania spokoju. Bo zdarzają się bardzo trudne sytuacje. Czasami wychowawca sam nie wie, jak powinien zareagować. Jak jednocześnie postawić granicę i pokazać dziecku, że dalej jest akceptowane. To wymaga ogromnej dojrzałości.

>>> Ks. Łukasz Plata: nie nawracajmy na siłę, róbmy swoje [ROZMOWA]
Zdarzają się również bardzo trudne sytuacje, w których znalezienie rozwiązanie nie jest łatwe i wymaga więcej czasu?
– Taki. Oczywiście nie mogę opowiadać o szczegółach, ale zdarzały się sytuacje związane z autoagresją czy bardzo silnymi emocjami. Dzieci po traumach często noszą w sobie ogromne napięcie. I czasami ono znajduje ujście w bardzo trudnych zachowaniach. To są momenty wymagające ogromnej uważności i wsparcia specjalistów. Jednocześnie bardzo ważne jest dla nas, żeby dziecko nawet w najtrudniejszym momencie nie miało poczucia odrzucenia, żeby wiedziało, że dalej jesteśmy obok.
Jakie stereotypy dotyczą takich miejsc jak rodzinne domy dziecka są pani zdaniem najbardziej krzywdzące?
– Chyba taki obraz wiecznie smutnych dzieci stojących przy oknie i tęskniących za rodziną. Oczywiście zdarzają się trudne momenty, tęsknota, smutek, poczucie straty. Ale nasze dzieci to przede wszystkim bardzo żywiołowe, pełne energii osoby – śmieją się, kłócą, bawią, jeżdżą na rowerach, mają swoje zainteresowania i marzenia. To nie są dzieci, które całe życie spędzają w smutku. One po prostu bardzo potrzebują stabilności i mądrego wsparcia.
Przy tylu obowiązkach znajduje Pani czas dla siebie, dla swojej rodziny oraz swoich pasji?
– To bywa trudne. Mam też swoje dzieci i pogodzenie życia rodzinnego z prowadzeniem placówki jest ogromnym wyzwaniem. Ale staram się znajdować czas dla rodziny. Bardzo lubię wyjazdy i aktywne spędzanie czasu. Choć oczywiście ta praca sprawia, że trudno całkowicie się od niej odciąć. Bo odpowiedzialność jest właściwie cały czas – cokolwiek się wydarzy, to ostatecznie jest też moja odpowiedzialność. I to bywa obciążające psychicznie, ale jednocześnie daje ogromne poczucie sensu.
Czego na przestrzeni lat nauczyły panią dzieci?
– Przede wszystkim cierpliwości i zachowywania spokoju. Bo w tej pracy naprawdę bardzo łatwo dać się ponieść emocjom. A dzieci niezwykle mocno wyczuwają emocje dorosłych. Dlatego ogromnie ważne jest, żeby nawet w trudnych sytuacjach pozostać spokojnym. Myślę też, że dzieci nauczyły mnie większej uważności na drugiego człowieka i tego, że za trudnym zachowaniem bardzo często stoi ogromny lęk czy cierpienie. Albo doświadczenia, których dziecko samo jeszcze nie potrafi nazwać.
Co daje pani siłę w najtrudniejszych momentach? Skąd pani ją czerpie na co dzień?
– Siłę daje mi w dużej mierze przekonanie, że ta praca ma sens, że to, co robimy, naprawdę może zmienić czyjeś życie. Nigdy nie chciałam wykonywać pracy, w której nie widziałabym głębszego znaczenia. Tutaj mam poczucie, że mogę realnie wpływać na los konkretnego człowieka i to daje ogromną motywację. Jestem też osobą wierzącą. Nasza placówka działa w strukturach Caritas i choć nie wymagamy od pracowników deklarowania wiary, to dla mnie osobiście wiara jest bardzo ważnym oparciem. Są momenty, kiedy człowiek naprawdę nie wie już, co zrobić. I wtedy bardzo pomaga mi przekonanie, że nie jestem z tym wszystkim sama, bo jest ze mną Bóg.
Jakie ma pani największe marzenia związane z przyszłością dzieci i placówki?
– Chciałabym kiedyś zobaczyć, że stanęły na nogi, że to wszystko, co próbujemy im dać, naprawdę zaprocentowało, że mają swoje dobre życie, pracę, relacje, spokój. Marzę o tym, żeby kiedyś spotkać któregoś z naszych wychowanków i usłyszeć: „Zobacz, udało mi się”, „Mam fajną pracę”, „Jestem szczęśliwy”. Oczywiście nikt nie ma gwarancji, jak potoczy się przyszłość. Nawet rodzice biologiczni nie mają pełnego wpływu na życie swoich dzieci. Ale bardzo chciałabym wierzyć, że to wszystko ma sens i że gdzieś w dorosłym życiu te dzieci będą miały w sobie poczucie, że były ważne, że ktoś o nie walczył i że zasługują na dobre życie.
Bądź na bieżąco z Misyjne.pl!
Obserwuj misyjne.pl w Google News. Dodaj nas do ulubionych, aby nie przegapić najważniejszych treści z kraju i ze świata.
Wybrane dla Ciebie
Czytałeś? Wesprzyj nas!
Działamy także dzięki Waszej pomocy. Wesprzyj działalność ewangelizacyjną naszej redakcji!
| Zobacz także |
| Wasze komentarze |
Mała Trzódka – wielkie serce. Franciszkanki pomagają starszym [ROZMOWA]
W świecie hałasu szukają ciszy. Rekolekcje na Morasku pomagają odnaleźć sens [ROZMOWA]
Kapelan żużlowców: nie można być kibicem tylko wtedy, gdy drużyna wygrywa [ROZMOWA]





Wiadomości
Wideo
Modlitwy
Sklep
Kalendarz liturgiczny