Fot. s. Rachela Pitura/Facebook

Afryka: zakochana misjonarka

4 min. zajmie Ci przeczytanie tego artykułu.

Zakochałam się… takie hasło w klasztorze wywołuje nie lada burzę. Ale to prawda. Zakochałam się w oczach dzieci, z którymi przyszło mi współpracować. 

Kochani przyjaciele misji! Serdecznie pozdrawiam z bardzo upalnej Afryki – z Maganzo w Tanzanii. 

Śmiało mogłabym zatytułować swoje obserwacje: „Pamiętnik zielonego misjonarza”. Skąd taka nazwa? Otóż, jak już niektórym wiadomo, mój pobyt w Afryce nie jest długi. Z Polski wyjechałam zaledwie pół roku temu. I tak myślę sobie, jak znaleźć się w nowej rzeczywistości, a na osobę, która jest nowa, mówimy potocznie, że jest zielona.  

Tematem Afryki interesowałam się od najmłodszych lat. Poznawanie tutejszej kultury, muzyki, ludzi i ich sposobu życia stała się po części moim wyznacznikiem w życiu. Na studiach należałam do grupy misyjnej w duszpasterstwie, a po studiach wciąż miałam niedosyt misji, więc postanowiłam wyjechać do Anglii, by zarobić na bilet. W wolnych chwilach stworzyłam stronę internetową o misjach: www.hakunamatata.pl. 

Moje życie jednak potoczyło się inaczej. Z Anglii zamiast do Afryki przyjechałam do Polski i wstąpiłam do Zgromadzenia Sióstr Elżbietanek. Pamiętam jak dziś, że wiele osób stukało się w czoło i pytało: „Dlaczego elżbietanki? Przecież one nie mają misji w Afryce”. Tak było, gdy wstępowałam do Zgromadzenia. Ale po niedługim czasie Matka Generalna otworzyła placówkę w Tanzanii. A Bóg słyszał o moich pragnieniach i tym cichym wołaniu o misje. Dlatego już podczas junioratu zostałam odpowiedzialną za referat misyjny w naszej prowincji. Mogłabym powiedzieć, że wtedy to mi wystarczyło, a płomienny zapał stopniowo przygasał. Bóg ma jednak świetne poczucie humoru, bo w chwili, kiedy już nie myślałam o wyjeździe, zostałam wezwana do misji w Afryce. Wiele pytań kotłowało się w moim sercu. Czy dam radę? Czy to jest jeszcze dla mnie? Czy próba misyjna mnie nie przerośnie? Szczerze mówiąc, wciąż sobie na nie odpowiadam. Ponieważ jest to inny świat, inny klimat, inni ludzie, inne…wszystko. 

Fot. s. Rachela Pitura/Facebook

Po przyjeździe do Afryki trafiłam na placówkę w maleńkiej wiosce Maganzo. Oczekiwania mieszały się z obawami, radość ze strachem. Afryka malowana w moim sercu stanęła przede mną w całej swej okazałości. Wszystko przerosło moje oczekiwania. Tyle lekcji geografii, tyle oglądania programów National Geographic. Owszem – Tanzania leży tam, gdzie mnie uczono. Krowy rzeczywiście mają wielkie rogi. Jest tu gorąco, jak na Afrykę przystało. A piękna góra Kilimandżaro nadal ma śnieżny pierścień jako koronę.  

Doznałam szoku, gdy w nocy obudziło mnie trzęsienie ziemi. Nigdy wcześniej nie słyszałam o tym, by w Tanzanii były trzęsienia. Początkowo wydawało mi się, że coś strasznego mi się przyśniło. Trzęsienie nie wyrządziło żadnych szkód oprócz stresu. 

Czym jeszcze zaskakuje mnie Afryka? Nigdy nie przypuszczałam, że mam tak silną robalofobię. Jednak tutaj mam wrażenie, że ściągam wszelkie robaki. Już miałam styczność z tarantulą, która przeszła mi po ręce. Ominęłam stopą skorpiona, złapałam kilka jaszczurek i modliszek. Życie w Afryce jest nie lada wyzwaniem.  

Po przyjeździe okazało się, że język angielski jest tu drugorzędny i urzędowy, a wszyscy mówią w suahili. Jednak język miłości i radości na całym świecie jest taki sam.  

Pomimo wiedzy wpajanej od najmłodszych lat, Afryka dotknęła moich oczu i serca. Zakochałam się… takie hasło w klasztorze wywołuje nie lada burzę. Ale to prawda: zakochałam się w oczach dzieci, z którymi przyszło mi pracować. 

Szybko złapałam kontakt z dziećmi poprzez zabawę. To właśnie one miały wielką radość z uczenia mnie liczenia i podstawowych słów. To piękne uczucie, gdy idę na spacer polnymi ścieżkami pomiędzy chatami, z których wychodzą dzieci i wołają: „Tumsifu Jesu Christu” – Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus. Owszem, zdarza się też „mzungu” czyli „biały”. Jednak one nie są w stanie przyćmić radości ze spotkań z dziećmi czy rodzinami z wioski. 

Z zamiłowania uwielbiam fotografię. A dzieci są najlepszymi modelami, jakie tu spotkałam. Bardzo szybko dostałam ksywę „sista pikcia” – siostra zdjęcie. 

W oczach dzieci kryje się wielka głębia. Z tej głębi mogę odczytać, iż jest tam zapisany ból i radość, strach i odwaga, smutek i entuzjazm, beztroska i odpowiedzialność. Wiem, że nie mają lekkiego życia. Od najmłodszych lat zaczynają pracę w polu, noszą ciężkie wiadra z wodą, opiekują się rodzeństwem, które niejednokrotnie noszą na plecach. Pracują przy wypalaniu cegieł, a nawet w kamieniołomach. W szkole mają stuosobowe klasy i pewnie muszą się bardzo skupić, żeby czegokolwiek się nauczyć. Jednak i tam nie brakuje pracy na polu, które przynależy do szkoły. Dzieci są radosne i szczęśliwe z tego, co mają. 

Fot. s. Rachela Pitura/Facebook

Aby ułatwić i umożliwić dzieciom lepszą edukację, nasze zgromadzenie wybudowało przedszkole, które ruszy już w styczniu. Widząc potrzeby, jakie się wiążą z budową przedszkola, postanowiłam zorganizować akcję charytatywną. Poprosiłam przyjaciółkę, by była jej koordynatorem w Polsce. Ku mojemu zadziwieniu akcja nabrała ogromnego tempa i zasięgu. Dziękuję każdemu, kto się przyczynił do pomocy naszym najmniejszym podopiecznym. 

Wszystko tutaj wydaje mi się zadziwiające. Dlaczego krowy mają tak wielkie rogi? Jak można żyć w lepiance? Jak grać na boisku z osłami? I wcale tu nikogo nie obrażam. Otóż bardzo szybko poznałam boisko do koszykówki czy do piłki nożnej. Choć „piłka” to za dużo powiedziane. Piłka to zlepek czarnej folii powiązanej sznurkami. Żeby dzieci mogły normalnie grać na boisku, rozdajemy dobre piłki. Jednak wróćmy do boiska i osłów. Uwielbiam grać z dziećmi w koszykówkę i nerwowo spoglądam, czy czasem na boisku nie pojawią się nieproszeni goście. Wtedy bardzo ważne jest, żeby go nie przestraszyć, bo zostawi nam niespodziankę. I jak tu potem grać pomiędzy „minami”? 

Serdecznie pozdrawiam i zachęcam do modlitwy za misjonarzy. Praca misyjna jest piękna lecz bardzo trudna.

Galeria (12 zdjęć)
Afryka: zakochana misjonarka
6 (100%) 9 ocen.

Zobacz także
Wasze komentarze