Kenia. Nasze początki w Afryce [MISYJNE DROGI]

3 min. zajmie Ci przeczytanie tego artykułu.

W „Domu z Marzeń” dzieje się życie. Wybudowana dzięki pomocy Polaków placówka codziennie przyjmuje pacjentów. Polscy wolontariusze pracują tam z pełnym
oddaniem.

Z początkiem lipca zaczęła się nasza misja z ramienia poznańskiej fundacji „Redemptoris Missio”. Celem podróży była wioska Kithatu, położona w pobliżu malowniczego Parku Narodowego Meru w środkowej Kenii. Na tym górzystym terenie spędzimy trzy miesiące, pomagając w ośrodku zdrowia prowadzonym przez Siostry Misjonarki Świętej Rodziny. Początki bywają trudne i tak też było w naszym przypadku. Spędziłyśmy wiele godzin w samolocie, a później podróżowałyśmy po wyboistych, kenijskich drogach. Jednak w końcu dotarłyśmy na miejsce, gdzie czekały na nas siostry. Pierwszego dnia poznałyśmy personel ośrodka, odwiedziłyśmy szkołę i przedszkole. Byłyśmy bardzo ciekawe, jak wygląda budynek wybudowany tam przez naszą fundację – „Dom z Marzeń”. W nim znajdują schronienie dzieci w trudnej sytuacji życiowej. W „Domu z Marzeń” znajduje się jadalnia, kuchnia, spiżarnia, trzy pokoje do opieki dziennej dla najmłodszych dzieci, sypialnie dla chłopców oraz dziewcząt i dwa pokoje dla opiekunek dzieci, dodatkowo magazyn na ubranka, przybory piśmiennicze i inne potrzebne artykuły dziecięce. Najpierw próbowałyśmy odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Smakowałyśmy nowe potrawy, uczyłyśmy się podstawowych zwrotów w lokalnym dialekcie oraz zaznajamiałyśmy się z kulturą i obyczajami – nie trwało to długo. Już następnego dnia po przyjeździe zaczęłyśmy pracę z siostrą Irène i pielęgniarzem Dennisem. Okazało się, że był to dzień pełen wyzwań. Jako pierwszy tego dnia przyszedł pacjent z raną ciętą stopy, którą zaopatrzyłyśmy szwem chirurgicznym. Kolejnym przypadkiem był roczny chłopiec z oparzeniem kończyn dolnych. Przez cały dzień obserwowałyśmy dziewiętnastoletnią ciężarną. Akcja porodowa nie postępowała zbyt szybko, więc pacjentka została pod okiem siostry Agnes, która pełniła nocny dyżur. O czwartej rano zadzwonił telefon, aby wezwać nas na oddział. Chwilę po piątej powitałyśmy na świecie zdrowego chłopca. Otrzymał 10 punktów w skali Apgar. Było to dla nas bardzo ekscytujące, że mogłyśmy uczestniczyć w tak pięknym i ważnym wydarzeniu,jakim są narodziny dziecka. Byłyśmy pod wrażeniem, że siostry pomimo ograniczonych środków, próbują zachować wysokie standardy opieki okołoporodowej. Pomimo tego, że w niedzielę ośrodek jest nieczynny, mogą pojawić się nagłe przypadki, trochę jak na naszym polskim SOR-ze. Po południu zgłosił się młody mężczyzna, który miał liczne rany cięte, być może po bijatyce. Część z nich wymagała szycia, więc udzieliłyśmy mu koniecznej pomocy. W poniedziałek przyjęto kolejną ciężarną, której akcja porodowa już się rozpoczęła. Poród przebiegał prawidłowo, o 17:00 urodziła się zdrowa, śliczna dziewczynka.

Foto: Agnieszka Fischer, Klaudia Niewulska

Poza porodami nasza praca polega na przyjmowaniu pacjentów w przychodni. Najczęściej spotykamy się z chorobami, które są nam znane również w Polsce, czyli z nadciśnieniem i cukrzycą. Jednak diagnozujemy też wielu pacjentów z chorobami pasożytniczymi, które znamy z zajęć w Klinice Chorób Tropikalnych i Pasożytniczych. Każdego dnia coraz bardziej rozumiemy problemy pacjentów i staramy się odpowiadać na ich potrzeby. Liczymy na to, że już niedługo staniemy się bliższe lokalnej społeczności. To dopiero nasze początki tutaj, a już tyle się wydarzyło, czas biegnie jak szalony, wydarzenie goni wydarzenie, nie ma nawet jak ich wszystkich spamiętać. Cieszymy się, że możemy tu być i uczestniczyć w tym pięknym dziele.

 

>>>Tekst pochodzi z „Misyjnych Dróg”. Wykup prenumeratę<<<

Zobacz także
Wasze komentarze