fot. arch. prywatne sióstr
Do ślubu pojechała z domu sióstr. „To tutaj ubierała suknię ślubną” [ROZMOWA]
Jak wygląda codzienność zakonnic, które tworzą zawodową rodzinę zastępczą? O zaufaniu budowanym latami, dzieciach z trudną przeszłością i więziach, które nie kończą się wraz z osiągnięciem pełnoletności, w rozmowie z Karoliną Binek opowiada siostra Klaudia. A najlepszym dowodem na to, że ich dom naprawdę stał się domem, jest historia wychowanki, która właśnie stąd wyruszyła do ślubu.
Karolina Binek (misyjne.pl): Czym wyróżnia się działalność sióstr opiekujących się dziećmi od innych placówek i form pieczy zastępczej?
S. Klaudia: – To pytanie zawsze jest dla mnie trochę trudne, ponieważ bardzo doceniamy wszystkie osoby i instytucje, które podejmują się opieki nad dziećmi pozbawionymi możliwości wychowywania się w swoich rodzinach biologicznych. Potrzeb jest naprawdę bardzo wiele, a każde miejsce, które daje dziecku bezpieczeństwo, zasługuje na szacunek i uznanie. Nie chciałabym więc mówić o naszej działalności w kategoriach bycia lepszymi od innych, ponieważ uważam, że wszyscy staramy się realizować ten sam cel: dać dzieciom szansę na spokojne i bezpieczne życie. Jeżeli miałabym wskazać coś, co rzeczywiście odróżnia nasz sposób pracy, to przede wszystkim fakt, że żyjemy razem z dziećmi na co dzień. Nie jesteśmy wychowawcami, którzy przychodzą na kilka godzin, a następnie wracają do swoich domów. Nie pracujemy w systemie zmianowym. Tworzymy wspólną przestrzeń życia, w której dzieci widzą nas od rana do wieczora. Jemy razem posiłki, przeżywamy codzienne radości i trudności, rozmawiamy wieczorami, wspólnie rozwiązujemy problemy i świętujemy sukcesy. Dzięki temu dzieci mają poczucie stałości. Wiedzą, kto będzie obok nich jutro, za tydzień czy za miesiąc. W ich życiu często brakowało przewidywalności i bezpieczeństwa, dlatego taka obecność jest niezwykle ważna. A budowanie relacji nie odbywa się podczas dyżuru czy zaplanowanych zajęć, ale podczas zwyczajnej codzienności.
W jakim wieku są dzieci w placówce prowadzonej przez siostry?
– Warto doprecyzować, że obecnie nie prowadzimy już placówki w tradycyjnym znaczeniu tego słowa. Kilka lat temu przeszłyśmy do rodzinnej pieczy zastępczej i dziś funkcjonujemy jako zawodowe rodziny zastępcze. To bardzo ważna zmiana, ponieważ pozwala jeszcze bardziej zbliżyć warunki życia dzieci do tych, jakie powinny panować w rodzinie. Pod naszą opieką znajduje się obecnie dziesięcioro dzieci. Wśród nich jest dziewięć dziewcząt i jeden chłopiec. Większość naszych wychowanek stanowią nastolatki w wieku od około szesnastu do dwudziestu lat. Są również dwie czternastoletnie dziewczynki, które dołączyły do nas stosunkowo niedawno. Oprócz tego mamy pod opieką dwoje najmłodszych dzieci. Jednym z nich jest pięciomiesięczny chłopczyk, który wymaga bardzo intensywnej troski i opieki. Drugim jest niespełna półtoraroczna dziewczynka, mieszkająca razem ze swoją niepełnoletnią mamą. Ta różnorodność wiekowa sprawia, że nasz dom jest bardzo żywy. Każdy dzień wygląda inaczej. Jednocześnie wymaga to od nas dużej elastyczności, ponieważ potrzeby niemowlęcia są zupełnie inne niż potrzeby młodej kobiety przygotowującej się do wejścia w dorosłość. Staramy się jednak, aby każdy czuł się ważny, zauważony i kochany.

W jaki sposób dzieci trafiają pod opiekę sióstr? Istnieje określona procedura albo jakieś specjalne zasady?
– Tak, każde dziecko trafia do pieczy zastępczej na podstawie decyzji sądu. Taka decyzja nigdy nie jest podejmowana bez powodu. Najczęściej oznacza to, że sąd uznał, iż dalszy pobyt dziecka w rodzinie biologicznej zagraża jego bezpieczeństwu lub prawidłowemu rozwojowi. Powody bywają bardzo różne. Czasem są to zaniedbania, czasem uzależnienia rodziców, przemoc, długotrwałe kryzysy rodzinne lub sytuacje, w których opiekunowie nie są w stanie zapewnić dziecku podstawowych warunków życia. Po wydaniu decyzji przez sąd sprawą zajmuje się Powiatowe Centrum Pomocy Rodzinie. To właśnie ta instytucja kieruje dzieci do konkretnych rodzin zastępczych lub innych form pieczy. Czasami udaje się znaleźć rodzinę spokrewnioną, na przykład babcię, ciocię lub starsze rodzeństwo, które może przejąć opiekę nad dzieckiem. W innych przypadkach dziecko trafia do rodziny zastępczej zawodowej, takiej jak nasza. Najważniejsze jest zawsze dobro dziecka. Każda decyzja ma służyć temu, aby znalazło się ono w miejscu bezpiecznym, stabilnym i dającym szansę na zdrowy rozwój.
>>> Pan Bóg złamał prawa natury, aby przypomnieć nam, Kogo przyjmujemy w Komunii Świętej [ROZMOWA]
Jak wygląda typowy dzień w domu prowadzonym przez siostry? Można w ogóle mówić o jakiejś powtarzalności, kiedy każdego dnia dużo się dzieje?
– Trudno mówić o jednym typowym dniu, ponieważ wiele zależy od aktualnych potrzeb dzieci, ich wieku oraz obowiązków poszczególnych sióstr. Są jednak pewne stałe elementy, które nadają rytm naszej codzienności. Dzień zazwyczaj rozpoczyna się bardzo wcześnie. Dla części sióstr zaczyna się od modlitwy jeszcze przed godziną szóstą rano. Jednak nie wszystkie możemy uczestniczyć w niej każdego dnia w ten sam sposób. Ja obecnie opiekuję się naszym najmłodszym chłopcem, więc moje noce są przerywane karmieniem i pielęgnacją dziecka. Oznacza to, że czasem mój poranek wygląda inaczej niż poranek pozostałych sióstr. Równocześnie trzeba przygotować dzieci do szkoły. Robione są kanapki, sprawdzane plecaki, przypominane obowiązki. To wszystko dzieje się jeszcze przed wyjściem młodzieży na lekcje. Następnie część sióstr uczestniczy we mszy świętej, a pozostałe pozostają w domu, zajmując się dziećmi i codziennymi obowiązkami. Po powrocie spożywamy wspólne śniadanie. Jeśli w domu pozostają dziewczęta opiekujące się własnymi dziećmi lub osoby, które z różnych powodów nie poszły do szkoły, jedzą razem z nami. Już ten moment przy stole jest ważny, ponieważ pozwala budować relacje i poczucie wspólnoty.
A później? Pewnie zdarza się wiele nagłych sytuacji…
– Dalsza część dnia bywa bardzo różnorodna. Czasem trzeba pojechać z dzieckiem do lekarza, innym razem odbywają się spotkania z psychologami, terapeutami lub przedstawicielami instytucji wspierających rodziny zastępcze. Zdarzają się również spotkania z osobami, które chcą poznać naszą działalność i wspierają naszą codzienną pracę. O godzinie dwunastej trzydzieści jemy obiad. Później stopniowo wracają dzieci ze szkół. Wtedy rozpoczyna się kolejny ważny etap dnia, czyli nauka, odrabianie lekcji, zajęcia dodatkowe i rozmowy o tym, co wydarzyło się w szkole. Niektóre dziewczęta korzystają z korepetycji, inne rozwijają swoje pasje sportowe lub artystyczne. Jednocześnie bardzo zależy nam na rozwijaniu samodzielności. Jedna z naszych wychowanek posiada już prawo jazdy i samodzielnie porusza się samochodem. Inna dojeżdża na zajęcia motocyklem. Staramy się dawać młodym ludziom przestrzeń do podejmowania odpowiedzialności za własne życie, oczywiście przy zachowaniu zasad bezpieczeństwa. Najbardziej wyjątkowym momentem każdego dnia jest jednak wieczorne spotkanie całej rodziny. O godzinie dwudziestej wszyscy wiedzą, że przychodzi czas rozmowy. Każda osoba może opowiedzieć o swoim dniu, podzielić się sukcesami, trudnościami, radościami lub smutkami. Dla jednego będzie to dobra ocena w szkole, dla innego trudna rozmowa z koleżanką lub problem, z którym nie potrafi sobie poradzić. To właśnie wtedy uczymy się słuchać siebie nawzajem, wspierać się i budować wzajemne zaufanie. Dzieci wiedzą, że ich głos jest ważny i że zawsze znajdzie się ktoś, kto ich wysłucha.

Jakie są najważniejsze zasady obowiązujące w domu prowadzonym przez siostry?
– Najważniejszą wartością, na której staramy się budować nasze relacje, jest zaufanie. To właśnie ono stanowi fundament całego procesu wychowawczego. Wiele dzieci, które trafiają pod naszą opiekę, doświadczyło w swoim życiu licznych rozczarowań, zawiedzionych obietnic czy sytuacji, w których nie mogły liczyć na dorosłych. Dlatego odbudowanie zaufania jest jednym z pierwszych i najważniejszych zadań. Od samego początku staramy się pokazywać dziewczętom, że wierzymy w nie i dajemy im kredyt zaufania. Jednocześnie uczymy je, że prawda, nawet jeśli bywa trudna, zawsze jest lepsza od ukrywania problemów czy kłamstwa. Bardzo często tłumaczymy naszym wychowankom, że szczerość nie jest potrzebna po to, aby zadowolić opiekunów, ale po to, by mogły budować dobre życie i zdrowe relacje z innymi ludźmi. Oczywiście funkcjonują również bardziej praktyczne zasady dotyczące codzienności. Młodsze dziewczęta mają określone godziny korzystania z telefonów komórkowych, każdy posiada swoje obowiązki domowe, wspólnie dbamy o porządek i razem podejmujemy wiele decyzji.
Co okazuje się najtrudniejsze dla dzieci i młodzieży, kiedy trafiają do waszego domu?
– Paradoksalnie często najtrudniejsze nie są nowe miejsce czy nowi ludzie, ale konieczność zaakceptowania zasad i granic. Wiele naszych dziewcząt wychowywało się w środowiskach, w których praktycznie nie było żadnych reguł albo przeciwnie – panował chaos i brak poczucia bezpieczeństwa. Nierzadko zdarzało się, że to dzieci musiały przejmować rolę dorosłych, troszczyć się o rodzeństwo czy radzić sobie z problemami rodziców. Kiedy trafiają do nas, nagle okazuje się, że ktoś interesuje się tym, gdzie są, o której wrócą, czy odrobiły lekcje i jak się czują. Dla wielu z nich jest to doświadczenie zupełnie nowe. Potrzeba czasu, aby zrozumiały, że te granice nie służą ograniczaniu wolności, lecz zapewnieniu bezpieczeństwa i stworzeniu warunków do rozwoju. Pamiętam jedną z dziewczyn, która trafiła do nas tuż przed osiągnięciem pełnoletności. Była przyzwyczajona do spędzania całych nocy przed telefonem, przez co nie potrafiła normalnie funkcjonować w ciągu dnia. Początkowo bardzo trudno było jej zaakceptować zasadę odkładania telefonu wieczorem. Z czasem jednak sama zauważyła, że zaczyna lepiej spać, ma więcej energii i potrafi planować swoje obowiązki. Dziś pracuje, prowadzi aktywne życie i sama przyznaje, że tamte wymagania były wyrazem troski, a nie ograniczania jej wolności.
>>> Patrzą przez okno i czekają. „Najbardziej boli, gdy nikt nie przychodzi” [REPORTAŻ]
Jakie (te małe i te duże) sukcesy wychowanek cieszą siostry najbardziej?
– Najbardziej wzruszają nas te zmiany, które dla innych mogą wydawać się niewielkie, a dla naszych dzieci oznaczają prawdziwy przełom. Czasem sukcesem jest regularne chodzenie do szkoły, czasem zdanie egzaminu, a czasem po prostu uwierzenie we własną wartość. Wielką radość sprawiają nam sytuacje, kiedy dziewczęta stopniowo rezygnują z zachowań, które wcześniej pomagały im radzić sobie z bólem i trudnymi emocjami. Niektóre przychodzą do nas z doświadczeniem uzależnień, sięgania po alkohol czy papierosy. Z czasem, gdy zaczynają czuć się bezpiecznie i budują zdrowe relacje, coraz częściej same dochodzą do wniosku, że nie potrzebują już takich sposobów ucieczki od problemów. Ogromnym powodem do dumy są również młode mamy. Szczególnie poruszające jest obserwowanie dziewcząt, które same nie zaznały wystarczająco dużo ciepła i troski, a mimo to potrafią stworzyć swoim dzieciom pełne miłości środowisko. Widzieć, jak uczą się przytulać, rozmawiać z dzieckiem, okazywać czułość i cierpliwość, to coś niezwykle pięknego. W takich chwilach mamy poczucie, że dokonuje się prawdziwa zmiana pokoleniowa.

Jest jakaś historia, która szczególnie zapadła siostrze w pamięć?
– Trudno wskazać tylko jedną historię, ponieważ każda z naszych wychowanek niesie ze sobą ogromny bagaż doświadczeń, a droga każdej z nich jest wyjątkowa. Szczególnie poruszają mnie jednak losy młodych mam. Pamiętam dziewczynę, która trafiła do nas już z maleńkim dzieckiem. Wcześniej prowadziła bardzo trudne życie, podejmowała ryzykowne decyzje i obracała się w środowisku, które nie dawało jej poczucia bezpieczeństwa. Narodziny córki stały się jednak momentem przełomowym. Dla dobra dziecka była gotowa zrezygnować z dawnych przyzwyczajeń, zmienić swoje otoczenie i całkowicie przewartościować życie. Obserwowanie takiej przemiany jest niezwykle budujące. Wbrew temu, co czasem można usłyszeć, dziecko nie zawsze przekreśla czyjeś plany. Niekiedy właśnie ono staje się impulsem do uratowania własnego życia, podjęcia odpowiedzialności i rozpoczęcia wszystkiego od nowa. Widzimy to bardzo wyraźnie na przykładzie wielu naszych wychowanek.
Jak rozmawia się z dziećmi o ich trudnej przeszłości?
– Przede wszystkim bardzo ostrożnie i z ogromnym szacunkiem dla ich tempa. Nie zmuszamy nikogo do opowiadania o traumatycznych doświadczeniach. Każde dziecko samo decyduje, kiedy jest gotowe mówić i ile chce powiedzieć. Najczęściej te historie odsłaniają się stopniowo. Czasem podczas zwyczajnej rozmowy, czasem pod wpływem jakiegoś wspomnienia, sytuacji czy emocji. Naszym zadaniem jest być wtedy obok, słuchać i przyjmować to, czym dziecko chce się podzielić. Bardzo ważne jest również korzystanie ze wsparcia specjalistów. Współpracujemy z psychologami i terapeutami, ponieważ wiemy, że niektóre doświadczenia wymagają profesjonalnej pomocy. Zawsze staramy się jednak pokazywać naszym wychowankom, że choć nie mają wpływu na wszystko, co wydarzyło się w przeszłości, to mają wpływ na swoją przyszłość. To jedna z najważniejszych prawd, które chcemy im przekazać. Nie mogą zmienić tego, czego doświadczyły, ale mogą zdecydować, jaką osobą chcą być i jakie życie chcą budować od dziś.
Po opuszczeniu domu dziewczęta nadal utrzymują kontakt z siostrami? Odwiedzają siostry albo zapraszają na śluby?
– Tak i jest to dla nas jedna z największych radości. Kiedy ktoś patrzy z zewnątrz, może wydawać się, że moment usamodzielnienia oznacza zakończenie pewnego etapu i rozstanie. W rzeczywistości bardzo często jest zupełnie inaczej. Wiele naszych wychowanek nadal pozostaje z nami w kontakcie, dzwoni, odwiedza nas i dzieli się ważnymi wydarzeniami ze swojego życia. To są niezwykle wzruszające chwile, kiedy po kilku latach od wyprowadzki otrzymujemy telefon z informacją o zaręczynach, narodzinach dziecka czy nowej pracy. Dziewczęta zapraszają nas na śluby, chrzciny, komunie swoich dzieci, a czasem także na inne ważne uroczystości rodzinne. Mamy poczucie, że nadal jesteśmy częścią ich historii i że więź, która powstała przez lata wspólnego życia, nie kończy się w momencie opuszczenia domu. Szczególnie poruszające są sytuacje, gdy wychowanki mówią o naszym domu jako o swoim prawdziwym domu rodzinnym. Dla wielu z nich jest to pierwsze miejsce, w którym doświadczyły stabilności, poczucia bezpieczeństwa i bezwarunkowej akceptacji. Dlatego później wracają nie tylko do budynku, ale przede wszystkim do relacji, które tutaj zbudowały. To pokazuje, że najważniejsze nie są mury ani organizacja życia, ale więzi międzyludzkie, które pozostają na lata. Pamiętam również jedną z wychowanek, która po wielu latach od usamodzielnienia postanowiła wyjść za mąż. Poprosiła, aby przygotowania do ślubu odbywały się właśnie tutaj, w naszym domu. To tutaj ubierała suknię ślubną, tutaj przyjechał po nią przyszły mąż i stąd wyruszyła do kościoła. Był to niezwykle wzruszający moment, pokazujący, jak ważnym miejscem pozostał dla niej nasz dom.
Od zawsze wiedziała siostra, że chce pracować z dziećmi i młodzieżą?
– Myślę, że takie pragnienie było obecne we mnie od bardzo dawna. Już jako dziecko wyobrażałam sobie, że będę pracowała z młodymi ludźmi. Początkowo myślałam o zawodzie nauczycielki, ponieważ wydawało mi się, że właśnie w ten sposób będę mogła pomagać dzieciom i uczestniczyć w ich rozwoju. Z czasem jednak zaczęłam angażować się w różne działania wolontariackie. Szczególnie bliskie były mi świetlice środowiskowe i miejsca, do których trafiały dzieci z trudniejszych rodzin. Pomagałam im odrabiać lekcje, organizowałam czas wolny, rozmawiałam z nimi i obserwowałam, jak bardzo potrzebują zwyczajnej uwagi oraz zainteresowania ze strony dorosłych. To właśnie wtedy zaczęłam odkrywać, że najbardziej poruszają mnie historie dzieci, które z różnych powodów mają trudniej niż ich rówieśnicy. Nie przypuszczałam jeszcze, że moje życie zwiąże się z pieczą zastępczą czy prowadzeniem domu dla dzieci pozbawionych odpowiedniej opieki rodzicielskiej. Patrząc jednak z perspektywy czasu, widzę, że wiele wydarzeń stopniowo prowadziło mnie właśnie w tym kierunku. Dzisiaj mam poczucie, że jest to szczególne powołanie wpisane w moje życie. Każdego dnia przekonuję się, że jestem dokładnie tam, gdzie powinnam być. Oczywiście nie brakuje trudnych chwil, zmęczenia czy odpowiedzialności, ale równocześnie jest ogromne poczucie sensu i satysfakcji płynące z obserwowania, jak dzieci odzyskują nadzieję i uczą się budować swoje życie od nowa.

Co dla siostry oznacza bycie zakonnicą i jednocześnie kimś w rodzaju mamy dla dzieci, które trafiły pod waszą opiekę?
– To jedno z najpiękniejszych doświadczeń mojego życia. Kiedy podejmowałam decyzję o wstąpieniu do zakonu, byłam świadoma, że nie będę miała własnych dzieci w tradycyjnym znaczeniu tego słowa. Wiedziałam, że jest to część drogi, którą wybieram. Jednocześnie nie przypuszczałam wtedy, że Pan Bóg w tak niezwykły sposób odpowie na moje pragnienie bycia blisko ludzi i troszczenia się o nich. Dzisiaj mogę powiedzieć, że czuję się trochę jak mama zastępcza dla wielu dzieci, które przewinęły się przez nasz dom. Oczywiście nie zastępujemy rodziców biologicznych i nigdy nie chcemy zajmować ich miejsca w sercu dziecka. Staramy się jednak dawać to, czego w danym momencie najbardziej potrzeba: obecność, bezpieczeństwo, troskę, zainteresowanie i miłość. Bycie siostrą zakonną nie oznacza dla mnie życia w oderwaniu od ludzi. Wręcz przeciwnie. Czuję, że moje powołanie realizuje się właśnie poprzez relacje. Poprzez codzienne rozmowy, wspólne posiłki, pomaganie w odrabianiu lekcji, pocieszanie po porażkach i cieszenie się sukcesami dzieci. Właśnie w takich zwyczajnych momentach odkrywam sens swojej drogi. Mam poczucie, że otrzymałam znacznie więcej, niż kiedykolwiek mogłam sobie wyobrazić. Widzę, jak dzieci dojrzewają, jak odzyskują poczucie własnej wartości, jak zakładają rodziny i zaczynają budować szczęśliwe życie. To ogromny dar i jednocześnie wielka odpowiedzialność.
O czym siostra marzy dla swoich wychowanek za dziesięć czy piętnaście lat?
– Przede wszystkim marzę o tym, aby były szczęśliwymi, spełnionymi kobietami. Chciałabym, żeby potrafiły spojrzeć na swoją historię bez lęku i bólu, żeby pogodziły się z przeszłością i nie pozwoliły jej definiować całego swojego życia. Marzę o tym, aby tworzyły dobre, bezpieczne rodziny, oparte na wzajemnym szacunku, miłości i zaufaniu. Chciałabym, aby były kochającymi mamami, odpowiedzialnymi partnerkami i osobami, które potrafią budować zdrowe relacje. Wiele z nich nie miało okazji obserwować takich wzorców w swoim dzieciństwie, dlatego tym bardziej cieszy każda sytuacja, gdy udaje im się stworzyć coś zupełnie nowego i lepszego. Życzyłabym im również odwagi do realizowania marzeń, zdobywania wykształcenia, rozwijania talentów i podejmowania wyzwań. Chcę, żeby wierzyły w siebie i wiedziały, że nie są skazane na powielanie błędów poprzednich pokoleń. Każda z nich ma prawo do szczęścia i każda zasługuje na to, aby budować własną, piękną przyszłość. Mam także nadzieję, że doświadczenie dobra, którego tutaj zaznały, będą przekazywały dalej. Że kiedy spotkają na swojej drodze osoby zagubione, samotne czy potrzebujące pomocy, same staną się dla nich wsparciem. Wierzę, że dobro zawsze rodzi kolejne dobro, a miłość, której człowiek doświadcza, prędzej czy później wraca do świata w postaci kolejnych dobrych uczynków. Jeżeli za kilkanaście lat spotkam nasze wychowanki jako spokojne, szczęśliwe kobiety, które potrafią kochać siebie, swoich bliskich i cieszyć się życiem, będę wiedziała, że wszystko, co wspólnie przeżyłyśmy, miało głęboki sens.
Bądź na bieżąco z Misyjne.pl!
Obserwuj misyjne.pl w Google News. Dodaj nas do ulubionych, aby nie przegapić najważniejszych treści z kraju i ze świata.
Wybrane dla Ciebie
Czytałeś? Wesprzyj nas!
Działamy także dzięki Waszej pomocy. Wesprzyj działalność ewangelizacyjną naszej redakcji!
| Zobacz także |
| Wasze komentarze |
„Czy w niebie będę mógł chodzić?”. U józefitek w Wierzbicach [REPORTAŻ]
Ks. Jacek Markowski (kapelan): przez 20 lat modliłem się za każdego piłkarza z osobna [ROZMOWA]
Pan Bóg złamał prawa natury, aby przypomnieć nam, Kogo przyjmujemy w Komunii Świętej [ROZMOWA]





Wiadomości
Wideo
Modlitwy
Sklep
Kalendarz liturgiczny