fot. Karolina Binek/misyjne.pl/arch. Caritas Legnica
Patrzą przez okno i czekają. „Najbardziej boli, gdy nikt nie przychodzi” [REPORTAŻ]
Codziennie ktoś pyta tu o herbatę, ktoś czeka na odwiedziny bliskich, a ktoś inny po prostu potrzebuje rozmowy. W Ośrodku Edukacyjno-Opiekuńczym „Samarytanin” w Legnicy opieka nie kończy się na lekach i rehabilitacji. To miejsce, które dla wielu seniorów stało się prawdziwym domem.
W korytarzach Ośrodka Edukacyjno-Opiekuńczego „Samarytanin” w Legnicy dzień zaczyna się wcześnie. Jeszcze zanim w kaplicy rozlegnie się dźwięk porannej mszy świętej, pielęgniarki pomagają mieszkańcom wstać z łóżek, opiekunowie zajmują się ich poranną toaletą, a rehabilitanci planują kolejne zajęcia. W jednym z pokojów ktoś prosi o herbatę, w innym starsza pani pyta, czy dziś przyjdą dzieci ze szkoły. Na końcu korytarza słychać śmiech terapeutki zajęciowej, która już szykuje kubki do wspólnej kawy.
To nie jest zwykły zakład opiekuńczy. Przynajmniej tak o tym miejscu mówią ci, którzy tworzą „Samarytanina” od lat.
– Staramy się, żeby to był po prostu dom – mówi ks. Marcin Uryga, zastępca dyrektora Caritas Diecezji Legnickiej. – Człowiek, który tutaj trafia, bardzo często przychodzi z ogromnym lękiem. Boi się samotności, tego, że wszystko co znał, zostawił za sobą. Dlatego chcemy, żeby od początku czuł, że jest częścią wspólnoty.
Pomysł z potrzeby pomocy
Historia „Samarytanina” zaczęła się jeszcze przed oficjalnym otwarciem ośrodka. Jak wspomina Łukasz Żygadło, rzecznik prasowy Caritas Diecezji Legnickiej i jeden z najdłużej pracujących pracowników organizacji, początki były związane z bardzo konkretną potrzebą.
– W tamtym czasie Caritas prowadził już zakład opiekuńczo-leczniczy w Jeleniej Górze. Funkcjonował od kilku lat i było widać ogromne zapotrzebowanie na tego typu pomoc także w Legnicy – opowiada. – Pojawił się więc pomysł, żeby stworzyć miejsce, które będzie skupiało różne formy wsparcia dla osób potrzebujących.
Budynek, w którym dziś znajduje się „Samarytanin” remontowany był w 2007 roku. Oficjalnie placówka ta rozpoczęła działalność rok później.
– To miało być miejsce, w którym pomoc będzie kompleksowa. Zakład opiekuńczo-leczniczy, warsztaty terapii zajęciowej, wypożyczalnia sprzętu rehabilitacyjnego, później również Okno Życia. Wszystko skupione w jednym miejscu – mówi Żygadło.

Początkowo działała tu również apteka, która została zamknięta z powodów ekonomicznych, ale pozostałe jednostki funkcjonują do dziś. Co więcej, cały czas pojawiają się nowe pomysły rozwoju.
>>> Nasi mieszkańcy uczą nas, że szczęście nie zależy od wielkich rzeczy [ROZMOWA]
Jednym z nich była rehabilitacja dziecięca.
– Dwa lata temu rozszerzyliśmy działalność o rehabilitację dla dzieci „FizjoDUO”. Doszliśmy do wniosku, że nasza pomoc w tej placówce nie może ograniczać się wyłącznie do seniorów. Potrzebują jej także rodziny i najmłodsi – podkreśla Anna Chałupa, dyrektor Caritas Diecezji Legnickiej.
Hołd dla Jana Pawła II
Anna Chałupa zaznacza, że od początku „Samarytanin” miał mieć także wymiar symboliczny.
– Ośrodek został stworzony jako pewnego rodzaju pomnik dla pontyfikatu św. Jana Pawła II. Chodziło o miejsce, które będzie przypominało o godności człowieka i potrzebie troski o tych najsłabszych – mówi.
Placówkę poświęcił biskup legnicki Stefan Cichy. Już wtedy zarówno pracownicy, jak i władze legnickiej Caritas chcieli, żeby była to przestrzeń nie tylko leczenia, ale też zwyczajnej obecności przy człowieku i codziennej troski o niego. Dlatego też dziś „Samarytanin” jest jedną z największych instytucji prowadzonych przez Caritas Diecezji Legnickiej.
– To bardzo ważne miejsce dla całej naszej działalności. Tutaj idea Caritas realizuje się w praktyce każdego dnia – mówi dyrektor.
Codzienność mieszkańców
Choć nazwa „Zakład Opiekuńczo-Leczniczy” może kojarzyć się chłodno i instytucjonalnie, pracownicy „Samarytanina” robią wszystko, by codzienność mieszkańców wyglądała inaczej.
– Tak naprawdę to przypomina życie w domu – tłumaczy Katarzyna Kardasz, kierowniczka ZOL-u. – Pacjent budzi się rano, dostaje śniadanie, leki, pomoc przy toalecie. Potem zaczyna się zwykły dzień, który jest uporządkowany i przewidywalny. O godzinie dziesiątej odbywa się msza święta. Ci mieszkańcy, którzy mogą poruszać się na wózkach, jadą do kaplicy. Później część uczestniczy w terapii zajęciowej, inni mają rehabilitację. Są też zajęcia indywidualne przy łóżkach – opowiada.

Po południu przychodzi czas odwiedzin.
– Rodziny przychodzą, rozmawiają, piją kawę wspólnie z mieszkańcami „Samarytanina”. A później mieszkańcy odpoczywają. Wielu z nich po prostu ucina sobie drzemkę – uśmiecha się Katarzyna Kardasz.
Dla wielu seniorów najważniejsze jest poczucie bezpieczeństwa. Chcą czuć, że ktoś jest obok, że kiedy zawołają, ktoś przyjdzie, że będą czyści, zaopiekowani, spokojni.
Terapia, która zaczyna się od rozmowy
W „Samarytaninie” rehabilitacja i terapia zajęciowa nie ograniczają się wyłącznie do ćwiczeń.
– To nie jest tylko ćwiczenia pacjenta na rowerku czy też innych tego typu aktywności. Czasem rehabilitacją jest już samo posadzenie kogoś przy stole i zachęcenie, żeby posłodził sobie kawę lub herbatę – mówi Katarzyna Kardasz.
Na terapii zajęciowej mieszkańcy malują, wyklejają ozdoby, słuchają audiobooków albo po prostu rozmawiają.
– To wszystko trochę przypomina pracownię plastyczną. Są wyklejanki, rysunki, dekoracje związane z porami roku. Latem nasi mieszkańcy wychodzą do ogrodu, robią grille, biorą udział w prostych zajęciach ruchowych – opowiada rozmówczyni.
Największą rolę odgrywa jednak wspólne spędzanie czasu. Jedna z terapeutek mówi, że bez kawy i ciastek nie zaczyna zajęć. Bo to właśnie na te – jak mogłoby się wydawać – drobne gesty podopieczni „Samarytanina” czekają najbardziej. I nawet jeśli zdarza się, że siedzą w ciszy, to sama obecność drugiego człowieka ma dla nich ogromne znaczenie.
„Najbardziej boją się samotności”
Ks. Marcin Uryga przyznaje, że wiele osób trafiających do ośrodka przeżywa ogromny stres.
– Człowiek z natury jest istotą społeczną. Największy lęk pojawia się wtedy, kiedy wydaje mu się, że zostanie sam.
Dlatego pracownicy bardzo świadomie budują atmosferę domu.
– Staramy się nawet nie używać słowa „pacjent”. Mówimy raczej o mieszkańcach domu. Bo to jest ich dom na tym etapie życia – tłumaczy ksiądz.
Jak dodaje, relacje między personelem a mieszkańcami z czasem stają się bardzo bliskie.

– Kiedy ktoś mieszka tutaj przez kilka lat, to nie jest już anonimową osobą. Znamy jego historię, charakter, przyzwyczajenia. Wiemy, jaką kawę lubi, czego się boi, za czym tęskni – mówi.
Szczególnie trudne są momenty pożegnań.
– To nie jest jak na oddziale szpitalnym, gdzie pacjent pojawia się na chwilę. Tutaj człowiek staje się częścią wspólnoty. Dlatego odejścia bardzo przeżywa zarówno personel, jak i inni mieszkańcy – przyznaje.
„To nie hospicjum”
Katarzyna Kardasz podkreśla, że wiele osób błędnie utożsamia Zakład Opiekuńczo-Leczniczy z hospicjum.
– To zupełnie inne miejsca. W hospicjum są przede wszystkim pacjenci terminalni. U nas dominują schorzenia geriatryczne i opieka długoterminowa – wyjaśnia.
I choć większość mieszkańców spędza tutaj ostatnie lata życia, zdarzają się również historie powrotów do samodzielności. Przez siedem lat około ośmiu pacjentów wróciło do domu. To osoby, które po rehabilitacji odzyskały sprawność na tyle, by samodzielnie funkcjonować.
Dla personelu są to wyjątkowe momenty pełne radości. Bo nagle ktoś, kto wcześniej miał z tym duży problem – może sobie sam zrobić herbatę lub pójść do łazienki.
Wolontariusze i dzieci zmieniają atmosferę
Ważną częścią życia ośrodka są odwiedziny wolontariuszy.
– Kiedy przychodzą dzieci albo młodzież, mieszkańcy dosłownie się ożywiają – opowiada Katarzyna Kardasz.
Do „Samarytanina” regularnie przychodzą szkolne koła Caritas, wolontariusze i lokalne zespoły. Są koncerty kolęd, przedstawienia, odwiedziny z okazji Dnia Babci i Dziadka. To są chwile, które mieszkańcy później bardzo długo pamiętają i wspominają.
A które wydarzenie szczególnie zapadło pracownikom w pamięć?
– Kilka lat temu podczas festiwalu folklorystycznego przyjechała grupa dzieci z Azji. Nie znali języka, ale śpiewali, odwiedzali mieszkańców i rozdawali drobne prezenty. Dla naszych seniorów to było coś niezwykłego – wspomina kierowniczka. – Takie spotkania dają im poczucie, że nadal są ważni. Czują, że ktoś przyjechał specjalnie do nich, że świat o nich nie zapomniał.
Trudna decyzja rodzin
Jednym z najtrudniejszych doświadczeń jest dla rodzin moment podjęcia decyzji o przekazaniu bliskiej osoby pod całodobową opiekę.
– Najbardziej przeżywają to córki – zauważa Katarzyna Kardasz. – Bardzo często mają poczucie winy, że „oddają” mamę.
Dlatego pracownicy starają się tłumaczyć rodzinom, że pobyt w ośrodku nie oznacza zerwania więzi.

– Zawsze mówię: „Państwo nie oddają mamy. Możecie przychodzić codziennie”. To nadal jest ich bliska osoba – podkreśla.
Kierowniczka przyznaje, że wieloletnia opieka nad schorowanym rodzicem bywa ponad siły jednej osoby. Praca i ciągła pomoc powodują zmęczenie, które często prowadzi również do bezradności. Wtedy takie miejsce jak „Samarytanin” staje się realnym wsparciem.
Proces adaptacji często trwa kilka tygodni.
– Tak jak dziecko musi przyzwyczaić się do przedszkola, tak samo rodzina potrzebuje czasu, żeby oswoić się z nową sytuacją – mówi.
Wiara obecna w codzienności
Choć „Samarytanin” prowadzi Caritas, mieszkańcy nie muszą być osobami wierzącymi. Wiara nie jest warunkiem przyjęcia kogoś do tej placówki. Co więcej – niektórzy z jej mieszkańców deklarują się nawet jako niewierzący.
– Mamy jednego pana, który zawsze mówi o mnie: „ten sympatyczny, elegancko ubrany”. Za każdym razem się witamy i rozmawiamy. Najważniejsza jest relacja – uśmiecha się ksiądz.
Jednocześnie duchowość jest ważnym elementem codzienności.
– Kaplica nosi wezwanie Miłosierdzia Bożego. Chcemy, żeby mieszkańcy czuli obecność Boga i wspólnoty – dodaje Anna Chałupa.
Msza święta odprawiana jest codziennie. Dla wielu mieszkańców to bardzo ważny punkt dnia. Kiedy z powodu choroby czy epidemii komunii świętej było mniej, bardzo za nią tęsknili.
„Tutaj Ewangelia realizuje się najbardziej”
Moi rozmówcy zgodnie podkreślają, że działalność ośrodka jest najpełniejszym obrazem idei Caritas.
– Caritas ma być blisko człowieka. Ma odpowiadać na jego potrzeby i nieść pomoc tam, gdzie jest cierpienie czy samotność – mówi Anna Chałupa.
Łukasz Żygadło dodaje, że właśnie tutaj najpełniej realizuje się ewangeliczna idea dobrego Samarytanina.
– Samarytanin z Ewangelii zatrzymał się przy człowieku potrzebującym. Nie odwrócił wzroku, tylko pochylił się nad nim. My próbujemy robić dokładnie to samo – mówi.
Ks. Marcin Uryga podkreśla, że w tej pracy nie chodzi wyłącznie o obowiązki zawodowe. Bo można wykonywać swoją pracę mechanicznie, ale tutaj potrzeba czegoś więcej. Potrzeba serca i czasu dla drugiego człowieka.
Być może właśnie dlatego osoby pracujące w „Samarytaninie” przyznają, że codzienny kontakt z seniorami zmienia ich spojrzenie na życie. Jak podkreśla jeden z pracowników Caritas, który wcześniej kierował tego typu ośrodkiem w Jeleniej Górze – takim miejscu człowiek zaczyna rozumieć, że pewne rzeczy, które wcześniej wydawały się ogromnym problemem, tak naprawdę nie są najważniejsze. A sama praca z seniorami uczy pokory.
– Człowiek zaczyna myśleć o własnej starości. O tym, jak sam chciałby być traktowany – tłumaczy.
Podobne odczucia ma Katarzyna Kardasz.
– Ta praca bardzo uczy pokory. Patrzymy na tych ludzi i myślimy o tym, jacy sami będziemy za kilkanaście czy kilkadziesiąt lat. Kiedy zaczynałam pracę, wydawało mi się, że najważniejsze będą procedury medyczne, opieka pielęgniarska, rehabilitacja. Oczywiście to wszystko jest bardzo ważne, ale z czasem człowiek zaczyna rozumieć, że równie ważne jest zwykłe bycie obok. Czasami ktoś potrzebuje po prostu tego, żeby usiąść przy nim pięć minut i porozmawiać. I to naprawdę zmienia bardzo dużo.

„Najważniejsze są relacje”
– Człowiek potrzebuje drugiego człowieka niezależnie od wieku. Można mieć najlepszą opiekę medyczną, można mieć wszystkie leki i rehabilitację, ale jeśli człowiek będzie czuł się samotny, opuszczony, nieważny, to nic nie zastąpi zwykłej obecności. I myślę, że właśnie to jest najważniejsze w tym miejscu. Żeby człowiek wiedział, że ktoś chce z nim usiąść, porozmawiać, wysłuchać go, potrzymać za rękę. To są rzeczy, które wydają się małe, ale dla tych ludzi mają ogromne znaczenie – podkreśla Anna Chałupa.
Ks. Marcin Uryga dodaje, że bardzo poruszające są momenty, kiedy mieszkańcy zaczynają traktować personel jak rodzinę.
– Czasem ktoś mówi: „proszę księdza, dobrze, że jesteście”. I człowiek wtedy widzi, jak bardzo oni potrzebują bliskości. Wielu z tych mieszkańców ma rodziny, ale życie dzisiaj wygląda tak, że dzieci pracują, mieszkają daleko, mają swoje obowiązki. Nie zawsze mogą być codziennie. I wtedy my stajemy się dla tych ludzi taką codzienną wspólnotą.
– Najbardziej bolesna jest samotność – mówi kierowniczka ZOL-u. – Są osoby, które bardzo czekają na rodzinę. Patrzą przez okno, pytają, czy ktoś dziś przyjdzie. I czasem nikt nie przychodzi. Wtedy jeszcze bardziej widać, jak potrzebna jest obecność innych ludzi.
Dlatego tak dużą rolę odgrywa tutaj personel i jego nastawienie do pracy. Bo często trzeba „wyjść” poza swoje stałe obowiązki. Czasem trzeba kogoś przytulić, wysłuchać, uspokoić, potrzymać za rękę. Tego nie da się nauczyć z podręcznika.
Anna Chałupa podkreśla, że właśnie dlatego „Samarytanin” jest tak ważnym miejscem dla Caritas Diecezji Legnickiej.
– Caritas ma być blisko człowieka. Nie tylko organizować pomoc, ale naprawdę być przy człowieku. I tutaj to się dzieje każdego dnia. W zwykłych sytuacjach. W podaniu obiadu, w rozmowie, w rehabilitacji, w odwiedzinach, w modlitwie. Społeczeństwo się starzeje. Coraz więcej rodzin znajduje się w sytuacji, w której trzeba zaopiekować się mamą, tatą, babcią czy dziadkiem. I bardzo często ludzie czują wtedy ogromną bezradność. Dlatego takie miejsca są potrzebne. Ale one nie mogą być tylko instytucjami. Muszą być miejscami, w których człowiek czuje się ważny.
Z podobnego założenia wychodzi Łukasz Żygadło:
– Myślę, że nigdzie idea Caritas nie jest tak widoczna jak właśnie tutaj. Bo tutaj naprawdę chodzi o człowieka. O jego godność, samotność, chorobę, codzienne potrzeby. Tutaj najbardziej realizuje się Ewangelia dobrego Samarytanina.
Słuchając pracowników „Samarytanina”, trudno nie odnieść wrażenia, że to miejsce działa trochę wbrew współczesnemu tempu życia. Tutaj najważniejszy pozostaje człowiek: jego godność, samotność, potrzeba rozmowy i obecności drugiej osoby. I może właśnie dlatego dla wielu mieszkańców ten ośrodek przestaje być tylko placówką opiekuńczą, a staje się po prostu domem. Domem, w którym nikt nie czuje się zapomniany.
Bądź na bieżąco z Misyjne.pl!
Obserwuj misyjne.pl w Google News. Dodaj nas do ulubionych, aby nie przegapić najważniejszych treści z kraju i ze świata.
Wybrane dla Ciebie
Czytałeś? Wesprzyj nas!
Działamy także dzięki Waszej pomocy. Wesprzyj działalność ewangelizacyjną naszej redakcji!
| Zobacz także |
| Wasze komentarze |

Kapelan żużlowców: nie można być kibicem tylko wtedy, gdy drużyna wygrywa [ROZMOWA]
Mała Trzódka – wielkie serce. Franciszkanki pomagają starszym [ROZMOWA]
Dyrektor Domu Rodzinnego Caritas: za trudnym zachowaniem bardzo często stoi ogromny lęk [ROZMOWA]





Wiadomości
Wideo
Modlitwy
Sklep
Kalendarz liturgiczny