Justyna Nowicka
Pan Bóg złamał prawa natury, aby przypomnieć nam, Kogo przyjmujemy w Komunii Świętej [ROZMOWA]
– Najważniejsze nie jest to, czy wydarzył się cud. Najważniejsze jest to, czy człowiek bardziej uwierzył w obecność Chrystusa w Eucharystii – mówi proboszcz legnickiej parafii. W dziesiątą rocznicę wydarzeń, które przyciągnęły uwagę całego świata, opowiada o ich skutkach, pielgrzymach i świadectwach nawrócenia.
Karolina Binek (misyjne.pl): W tym roku mija dziesięć lat od wydarzeń, które sprawiły, że o Legnicy usłyszał cały świat. Na jakim etapie znajduje się dziś sprawa cudu eucharystycznego?
Ks. Andrzej Ziombra: – To jest właściwie proces, który nigdy się nie kończy. Nadal gromadzone są różne informacje związane z tym wydarzeniem i z jego owocami. Trzeba pamiętać, że w historii Kościoła podobne wydarzenia znane są już od VIII wieku i nie kończą się w momencie wydania jakiegoś dokumentu czy podjęcia decyzji. Cały czas przynoszą owoce, przyciągają ludzi i prowadzą ich do pogłębienia wiary. Dlatego nie koncentrujemy się wyłącznie na samym nadzwyczajnym znaku. Znacznie ważniejsze jest to, czy dzięki temu wydarzeniu człowiek bardziej uwierzy w rzeczywistą obecność Chrystusa w Eucharystii, czy zacznie z większym szacunkiem przeżywać mszę świętą i Komunię świętą. Właśnie to jest najważniejsze.
W Kościele mówi się o „wydarzeniu eucharystycznym o znamionach cudu”. Skąd takie określenie?
– To jest po prostu kościelna terminologia. Podobnych określeń używa się również wobec innych wydarzeń tego typu. Czasami mówi się o cudzie eucharystycznym, czasami o wydarzeniu eucharystycznym. Sama nazwa nie jest tutaj najważniejsza. Najważniejsze pozostaje to, co rzeczywiście wydarzyło się w Legnicy i jakie przyniosło owoce.
Jak przebiegała cała procedura po upadnięciu komunikantu i ile trwała?
– Wszystko zaczęło się od sytuacji, która niestety czasami może się zdarzyć. Podczas udzielania Komunii świętej kapłanowi upadła konsekrowana Hostia. Było to związane z problemami zdrowotnymi. Ksiądz miał ograniczone czucie w palcach i nieumyślnie wypuścił Hostię. Kościół od wieków ma bardzo precyzyjne procedury postępowania w takich sytuacjach. Jeżeli Hostii nie można spożyć, umieszcza się ją w naczyniu z wodą i czeka, aż ulegnie naturalnemu rozpuszczeniu. Tak właśnie postąpiono również tutaj. Po pewnym czasie zauważono jednak, że na powierzchni Hostii pojawiło się czerwone przebarwienie. Kiedy stało się jasne, że nie jest to zwykły proces rozpuszczania, 4 stycznia 2014 roku poinformowano o wszystkim biskupa. Biskup polecił najpierw spokojnie obserwować zjawisko. Dopiero później powołał specjalną komisję i zlecił przeprowadzenie badań naukowych. Badania wykonano w dwóch niezależnych ośrodkach. Ich wyniki wykazały obecność fragmentów tkanki mięśnia sercowego oraz innych tkanek występujących w organizmie człowieka. Jednocześnie naukowcy nie potrafili wyjaśnić przyczyny powstania czerwonego przebarwienia. Cała dokumentacja została przekazana biskupowi legnickiemu, który następnie przesłał ją do Stolicy Apostolskiej. Stolica Apostolska wyraziła zgodę, aby biskup, zgodnie ze swoim rozeznaniem ogłosił wyniki badań wiernym. Stało się to 10 kwietnia 2016 roku.

Mija właśnie dziesięć lat od tych wydarzeń. Jak parafia przeżywa ten jubileusz?
– Przygotowaliśmy uroczystości dziękczynne, ale nie chodzi jedynie o wspominanie tego, co wydarzyło się przed laty. To przede wszystkim okazja do rachunku sumienia. Zadajemy sobie pytanie, czy odpowiedzieliśmy na znak, który Pan Bóg nam pozostawił. Czy dzięki temu wydarzeniu bardziej pokochaliśmy Eucharystię? Czy nauczyliśmy się ją głębiej przeżywać? Czy odrobiliśmy tę lekcję wiary? To są chyba najważniejsze pytania, jakie stawia przed nami ten jubileusz.
Dla parafii, a w szczególności dla parafian musiała to być ogromna zmiana.
– Zdecydowanie tak. Jeszcze kilka lat wcześniej była to zwyczajna parafia, jak wiele innych. Nagle stała się miejscem pielgrzymek ludzi z całego świata. Oczywiście dla parafian również było to wielkie zaskoczenie. Zmieniło się praktycznie wszystko. Trzeba było nauczyć się przyjmować pielgrzymów, organizować ich pobyt, odpowiadać na pytania. To była zupełnie nowa rzeczywistość. Do dziś uczymy się żyć z tym wydarzeniem. Uczymy się przede wszystkim jeszcze głębiej wierzyć w obecność Chrystusa w Eucharystii.
Zmieniła się również sama infrastruktura parafii.
– Tak. Powstało miejsce, w którym pielgrzymi mogą się zatrzymać, odpocząć i przygotować do modlitwy. To jeszcze nie jest typowy dom pielgrzyma, ale staramy się odpowiadać na potrzeby osób, które tutaj przyjeżdżają. To wszystko rozwijało się stopniowo. Nie było przygotowane wcześniej. Po prostu pojawiła się potrzeba i musieliśmy na nią odpowiedzieć.

Ilu pielgrzymów odwiedziło już Legnicę?
– Prowadzimy statystyki grup zorganizowanych. Do końca 2025 roku było ich około 110 tysięcy. To są jedynie pielgrzymi zgłoszeni wcześniej, więc rzeczywista liczba odwiedzających jest znacznie większa. Przyjeżdżają praktycznie z całego świata, choć zdecydowaną większość nadal stanowią pielgrzymi z Polski.
Jak reagują, kiedy słyszą o historii tego miejsca?
– Najczęściej właściwie nie mają już dodatkowych pytań. Bardziej niż ciekawość widać w nich skupienie. Obserwujemy, że bardzo wielu pielgrzymów po prostu zatrzymuje się na modlitwie. Wchodzą do kościoła i trwają przed Najświętszym Sakramentem w ciszy. Widać, że to miejsce pomaga im jeszcze mocniej uświadomić sobie, kogo naprawdę spotykają podczas każdej mszy świętej. Zawsze powtarzamy pielgrzymom jedną rzecz. Tutaj, w Legnicy, Pan Bóg niejako złamał prawa natury po to, aby pokazać nam to, co dzieje się podczas każdej Eucharystii. Nie wydarzyło się nic nowego w sensie teologicznym. W każdej Komunii świętej przyjmujemy przecież prawdziwe Ciało Chrystusa. To wydarzenie jedynie pomaga nam tę prawdę lepiej zobaczyć i głębiej zrozumieć.
Co zatem cud eucharystyczny mówi współczesnemu człowiekowi?
– Przede wszystkim przypomina, czym naprawdę jest msza święta. Nie ma większej modlitwy od Eucharystii. To sam Chrystus składa siebie w ofierze Ojcu i daje nam siebie w Komunii świętej. Żadna, nawet najpiękniejsza modlitwa prywatna nie zastąpi Eucharystii. Całe życie uczymy się przeżywać mszę świętą coraz głębiej. Uczymy się jej kontemplacji. I właśnie do tego prowadzi także ten znak. Kościół od początku naucza, że Chrystus obecny w Eucharystii jest tym samym Jezusem, który dwa tysiące lat temu chodził po ziemi, umarł na krzyżu i zmartwychwstał. Nie ma między nimi różnicy. Zmienia się jedynie sposób obecności. Dlatego taka sama cześć należy się Chrystusowi obecnemu w Najświętszym Sakramencie. To wydarzenie pomaga człowiekowi jeszcze mocniej uświadomić sobie tę prawdę.
>>> „Czy w niebie będę mógł chodzić?”. U józefitek w Wierzbicach [REPORTAŻ]
Z Kościołem św. Jacka związana jest również postać samego świętego. Czy pielgrzymi pytają o jego historię?
– Tak, bardzo często. Zwłaszcza pielgrzymi z zagranicy chcą dowiedzieć się, kim był święty Jacek i dlaczego właśnie ten kościół stał się miejscem wydarzenia eucharystycznego. Staramy się wtedy opowiadać nie tylko o historii świątyni, ale również o samym świętym. Nie sposób nie zauważyć, że święty Jacek był szczególnie związany z kultem Eucharystii. Wszyscy pamiętamy wydarzenie z Kijowa, kiedy ratując Najświętszy Sakrament przed najazdem Tatarów, wyniósł z kościoła także figurę Matki Bożej. Dlatego jego dwa najbardziej charakterystyczne atrybuty to właśnie monstrancja z Najświętszym Sakramentem i figura Maryi. Patrząc z tej perspektywy, trudno uznać za przypadek, że właśnie w kościele pod jego wezwaniem doszło do wydarzenia, które ponownie kieruje uwagę wiernych na Eucharystię. Myślę, że święty Jacek bardzo pięknie wpisuje się w historię tego miejsca.

To wydarzenie miało również duży wpływ na życie księdza?
– Tak, szczególnie, że zmieniło moje życiowe plany. Miałem wyjechać na misje do Argentyny i wszystko było już właściwie przygotowane. Były prowadzone rozmowy, powstawały konkretne plany. Właśnie w czasie tych przygotowań wydarzyło się to, co dziś nazywamy wydarzeniem eucharystycznym. Wtedy zrozumiałem, że nie mogę wyjechać. To, co tutaj się rozpoczęło, wymagało odpowiedzialności i dokończenia. Nie można było zostawić tego miejsca. Dlatego zostałem. Dzisiaj patrzę na to właśnie w ten sposób, że Pan Bóg chciał, abym był misjonarzem, ale niekoniecznie w Ameryce Południowej. Okazało się, że moim terenem misyjnym stała się Legnica. Może brzmi to trochę zaskakująco, ale uświadomiłem sobie, że również tutaj są misje. Bardzo często wydaje nam się, że misjonarz to ktoś, kto wyjeżdża do Afryki albo Azji. Tymczasem również Europa coraz bardziej potrzebuje ewangelizacji. Dzisiaj do Europy przyjeżdżają księża z Afryki. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu to Europejczycy przekazywali tam wiarę, a teraz sytuacja bardzo się zmieniła. To pokazuje, że także na naszym kontynencie istnieje ogromna potrzeba głoszenia Ewangelii.
Skąd w ogóle pojawiło się pragnienie wyjazdu na misje?
– To był proces. Zawsze chciałem być dobrym kapłanem i jak najlepiej służyć ludziom. W pewnym momencie poczułem jednak pewne zmęczenie tym, co można nazwać przesyconym europejskim chrześcijaństwem. Nie chodzi o zmęczenie Panem Bogiem, bo tego nigdy nie czułem. Chodziło raczej o atmosferę, w której wiara bardzo często przestaje być odkrywaniem Boga, a staje się czymś oczywistym, czymś, co człowiek uważa za należne. Coraz częściej spotykałem postawy roszczeniowe i coraz mniej dostrzegałem zachwyt nad samym Chrystusem. Pomyślałem wtedy, że chciałbym pójść tam, gdzie ten głód Boga jest większy. Tam, gdzie ludzie naprawdę czekają na Ewangelię. To nie była ucieczka. Raczej pragnienie odnowienia własnego kapłaństwa poprzez spotkanie z ludźmi, którzy dopiero odkrywają Chrystusa. Dzisiaj widzę jednak, że Pan Bóg miał wobec mnie inny plan.
Nie ma więc w Księdzu poczucia straty z powodu rezygnacji z wyjazdu na misje?
– Nie. Przede wszystkim chcę pełnić wolę Pana Boga. Moje osobiste plany nie są najważniejsze. Jeżeli Bóg pokazał mi bardzo wyraźnie, że mam zostać tutaj, to po prostu chcę być Mu posłuszny. Nie myślę o tym w kategoriach straconej szansy. Gdyby chciał mnie posłać do Argentyny, zapewne bym tam pojechał. Skoro jednak zostałem tutaj, to znaczy, że właśnie tutaj jest moje miejsce. Staram się po prostu dobrze wykonywać zadanie, które zostało mi powierzone.
Przez te lata spotkał Ksiądz zapewne wielu pielgrzymów, którzy wracali z konkretnymi świadectwami z Legnicy.
– Takich historii jest naprawdę bardzo dużo. Wiele osób opowiada o otrzymanych łaskach, o nawróceniach, o odzyskaniu pokoju serca. Są też ludzie, którzy niczego nie mówią. Po prostu modlą się i wracają do domu. Jestem przekonany, że również oni otrzymują wiele dobra, choć nie zawsze chcą się tym publicznie dzielić. Myślę, że bardzo często wynika to ze zwykłej pokory. Najważniejsze jest jednak to, że ludzie odnawiają tutaj swoją relację z Panem Bogiem.

Czy jest jakieś świadectwo, które szczególnie zapadło Księdzu w pamięć?
– Takich historii jest wiele, ale jedna porusza mnie szczególnie. Dotyczy kobiety z naszej parafii, która przez lata bardzo zdecydowanie walczyła z Kościołem. Była nastawiona niezwykle krytycznie wobec księży i wszystkiego, co wiązało się z wiarą. Z czasem jednak przeżyła głębokie nawrócenie. Pod koniec życia zachorowała na nowotwór i trafiła do hospicjum. Kiedy ją odwiedziłem, powiedziała coś, czego chyba nigdy nie zapomnę. Mówiła, że dopiero teraz rozumie, dlaczego Pan Bóg pozostawił ją jeszcze przy życiu. Dał jej czas, żeby mogła uporządkować wszystkie sprawy, pojednać się z ludźmi i przygotować na spotkanie z Nim. Patrzyłem wtedy w jej oczy i widziałem ogromny pokój. Nie było w nich lęku przed śmiercią. Była radość z tego, że za chwilę spotka Chrystusa. To był niezwykle mocny moment. Pamiętam również osoby, które zdecydowały się uporządkować swoje życie sakramentalne. Były kobiety żyjące przez wiele lat w związkach niesakramentalnych. Podejmowały bardzo trudne decyzje, żeby móc wrócić do Komunii świętej. Nigdy nie zapomnę ich twarzy, kiedy po wielu latach ponownie przyjmowały Eucharystię. To było szczęście, którego właściwie nie da się opisać słowami. I właśnie takie świadectwa pokazują, że warto walczyć o pojednanie z Bogiem. Warto podejmować trudne decyzje, jeżeli prowadzą one do życia sakramentalnego.
Niektórzy mówią, że takie wydarzenie może być dowodem na istnienie Boga dla osób niewierzących. Czy rzeczywiście tak jest?
– Chciałbym, żeby tak było, ale życie pokazuje, że nie zawsze tak jest. Sam znak jeszcze nikogo nie zmusza do wiary. Człowiek może uznać, że wydarzyło się coś niezwykłego, a mimo to nie zmienić swojego życia. Bardzo często problem nie leży w braku argumentów, ale w tym, że człowiek jest uwikłany w różne grzechy, przyzwyczajenia czy sposób życia. Sama wiedza nie wystarczy. Potrzeba jeszcze miłości do Boga i odwagi, żeby pójść za prawdą. Oczywiście zdarzają się osoby, które dzięki temu wydarzeniu zaczynają szukać Boga. Modlimy się właśnie o to, aby ten znak prowadził ludzi do wiary.
Jakie są plany na przyszłość związane z parafią i z szerzeniem świadomości dotyczącej tego, co dzieje się podczas każdej Eucharystii?
– Najkrócej można powiedzieć: walczyć o świętość. Najpierw o własną świętość, a potem pomagać innym w drodze do świętości. Chcemy, aby ludzie pokochali Eucharystię. Żeby odkryli, że Komunia święta nie jest tylko elementem mszy, ale spotkaniem z żywym Chrystusem. Bardzo często przypominam słowa zapisane w Ewangelii św. Jana: „Kto spożywa moje Ciało, ma życie wieczne”. Chciałbym, żeby ludzie naprawdę uwierzyli tym słowom. Żeby szukali każdej okazji do uczestnictwa we mszy świętej i do zjednoczenia z Chrystusem w Komunii świętej. Jeżeli to wydarzenie choć trochę pomaga człowiekowi głębiej przeżywać Eucharystię, to znaczy, że spełnia swój cel. Bo właśnie o to chodziło od samego początku.






| Galeria (6 zdjęć) |
Bądź na bieżąco z Misyjne.pl!
Obserwuj misyjne.pl w Google News. Dodaj nas do ulubionych, aby nie przegapić najważniejszych treści z kraju i ze świata.
Wybrane dla Ciebie
Czytałeś? Wesprzyj nas!
Działamy także dzięki Waszej pomocy. Wesprzyj działalność ewangelizacyjną naszej redakcji!
| Zobacz także |
| Wasze komentarze |
Kapelan żużlowców: nie można być kibicem tylko wtedy, gdy drużyna wygrywa [ROZMOWA]
Moja siostra wstąpiła do zakonu klauzurowego. Pół roku później wiedziałam, że pójdę tą samą drogą [ROZMOWA]
Patrzą przez okno i czekają. „Najbardziej boli, gdy nikt nie przychodzi” [REPORTAŻ]





Wiadomości
Wideo
Modlitwy
Sklep
Kalendarz liturgiczny