Joszko Broda: Kosz jest najważniejszym miejscem artysty rozmowa misyjne pl Rodzina Brodów płyta Człowiek z lasu

Zdjęcie: Joszko Broda

Joszko Broda: Kosz jest najważniejszym miejscem artysty [ROZMOWA]

16 min. zajmie Ci przeczytanie tego artykułu.

Anna Maria Jopek wiele lat temu śpiewała, że kiedy gra „cały boży świat w zdumieniu Go słucha”. Po wielu latach nagrywania, grania i koncentrowania przygotował coś bardzo osobistego – album „Człowiek z lasu”. To jednocześnie płyta, której jeszcze nie było, bo stworzona wyłącznie z natury. Joszko Broda opowiada Maciejowi Kluczce o tworzeniu, o swoim środku świata i o rodzinie. „Hejt, który nas zalał przy narodzinach 11. dziecka był przerażający” – mówi kompozytor. 

Joszko Broda: Kosz jest najważniejszym miejscem artysty rozmowa misyjne pl Rodzina Brodów płyta Człowiek z lasu

Zdjęcie: rodzina i zespół „Rodzina Brodów”

Maciej Kluczka (misyjne.pl): To pierwsza taka płyta w Polsce? W takiej formie? Czy już kiedyś widziałeś coś podobnego?   

Joszko Broda (multiinstrumentalista, producent muzyczny i kompozytor i przede wszystkim mąż i ojciec 11 dzieci): Myślę, że wśród solowych płyt, które w życiu słyszałem, ta posiada elementy, które wyróżniają ją od innych. Swoim klimatem najbardziej przypomina mi wydawnictwa z francuskiej serii Ocora Radio France i niemieckiego WDR. Te dwie rozgłośnie przez wiele lat jeździły po całym świecie i nagrywały różnych autochtonów grających muzykę źródłową. Kiedyś i do nas przyjechał (w latach 80-tych) potężny samochód z analogowym studiem w środku, nagrali nas z tatą, miałem wtedy kilkanaście lat i tak powstała spora część albumu „Pologne.” „Człowiek z lasu” łamie schematy. Zdecydowałem się na wydanie materiału, o którym mówię, że to muzyka mocno nieskomponowana. Naturalna i wolna od klasycznych ram. Chciałem pokazać instrumenty w pierwotnych brzmieniach razem z ich podstawowymi komunikatami. 

Anna Maria Jopek, w 1997 roku, śpiewała o Tobie „Kiedy Joszko gra cały boży świat w zdumieniu Go słucha, gdy na drumli gra, gdy na liściu gra, od serca do ucha, czule jak nikt”. Sporo czasu minęło zanim Joszko stworzył płytę opartą wyłącznie na drumli i innych leśnych instrumentach…  

Płyta „Człowiek z lasu” powstała dlatego, że sam coś takiego chciałem mieć w domu i w tym pragnieniu nie byłem odosobniony. Kiedyś pan Janusz Gajos powiedział mi: „Wie pan co? Niech pan po prostu wejdzie do studia i niech pan gra, co pan chce, bo ja czekam na taką płytę”. Wszedłem i nagrałem, ale niestety tak się złożyło, że nie mam do dziś dostępu do tamtego materiału. Po wielu latach wszedłem do studia na nowo, żeby po prostu sobie zagrać. Udało się, bo miał kto słuchać.  

Część instrumentów jest stworzona przez człowieka, niektóre to za to sama natura?  

Urodziłem się w Istebnej. Wychowałem się w środku lasu i stamtąd przyniosłem moje instrumenty. Większość z nich to chrust leśny, z którego skorzystała nasza kultura. Jednym z instrumentów jest kamień, podniesiony z ziemi, otrzepany, wypłukany wodą. Natura sama stworzyła profesjonalny instrument. Gram też na liściu, trzcinie, okarynie, drumlach.  

 Zdecydowałem się na wydanie materiału, o którym mówię, że to muzyka mocno nieskomponowana.  

To było tak, że skomponowałeś wcześniej jakąś muzykę? Czy to było aż tak naturalne, że po prostu usiadłeś z tymi instrumentami i zacząłeś tworzyć? Jestem po prostu ciekawy, jak się do tego zabierasz… Jak to wszystko się zaczyna…  

Nagrałem to w ciągu jednego dnia – to było 6 godzin muzyki. Po prostu wszedłem do studia i trafiłem tam na Marcina i Piotrka, dwóch ludzi, którzy potrafią słuchać. Działam w muzyce pełnej komunikatu, dlatego interesuje mnie druga strona. Jeśli nie mam dla kogo grać, to moja muzyka jest dość ograniczona. Ok, mam świadomość swojej techniki i warsztatu, ale muzykę gram dla kogoś.  

>>> Luciano Pavarotti: Mój głos to dar od Boga

To może być zarówno ktoś profesjonalny, jak i osoba spoza świata muzyki?  

Ktokolwiek, kto słucha. Bez znaczenia, kim jest, liczy się to, jaki ma odbiór. Przyjechałem do nowego studia, w którym nigdy nie byłem. Postawiłem sobie takie zadanie – nagrać materiał. Oni byli bardzo otwarci, a moja praca też polega na słuchaniu ludzi… Wychodzę na scenę (robię to od 4. roku życia) i muszę w niecałą minutę zdiagnozować publiczność. Nie mam więcej czasu. Jeśli ja ją zdiagnozuję, to podejmuję odpowiednie decyzje, które determinują cały koncert. Tak jest z każdym zawodowym muzykiem. Muzyk ma na przykład do zagrania toccatę Bacha. Pan Bach kiedyś ją opisał w nutach, postarał się, napisał to bardzo dobrze. Jednak to tak nie jest, że pan Bach determinuje, gwarantuje doskonałą muzykę. Jego zamysł jest świetny…

Joszko Broda: Kosz jest najważniejszym miejscem artysty rozmowa misyjne pl Rodzina Brodów płyta Człowiek z lasu

Zdjęcie: Rodzina Brodów

…ale wykonanie…  

Wykonanie i przekaz to kolejny krok. Czasem się mówi, że gra się na tyle, na ile przeciwnik pozwoli. Często muzyka jest ograniczana przez samych odbiorców. Ale, gdy słuchają ludzie, którzy mają otwarte serce i umysł, to dzieją się cuda! Ja trafiłem na takich ludzi w studiu. Moim celem nie były jakieś konkretne muzyczne tematy, tylko brzmienie. Chciałem pokazać instrument od wewnątrz, brzmienia, które odnalazłem w ich czystej postaci. Jedyny problem jaki powstał to była długość ścieżki muzycznej. Drumle nagrywałem bez przerwy przez 100 minut. Zmieniałem je tak szybko, że nie byli w stanie zatrzymać nagrywania. Chłopaki obawiali się, czy ten plik w ogóle się nagra, bo żaden wariat nie nagrywał jeszcze tak długo…  

>>> Sztuka jest zawsze po coś [ROZMOWA]

Wpadłeś w jakiś muzyczny trans…  

Oni już zaczęli chodzić, widziałem to po drugiej stronie szyby. Gdy skończyłem, to szybko zapisali plik, mieliśmy to! Do studia nie wchodzę po to, by szukać. Ja wiem, co chcę zagrać, jestem świadomy, ale potrzebuję też drugiej strony – ludzi, którzy są gotowi to usłyszeć. Kultura rodzi się z potrzeb, jak powiedział Bronisław Malinowski. Jeśli ktoś potrzebuje mojej muzyki, to ona ma szansę zaistnieć. 

Wychowałem się w środku lasu i stamtąd przyniosłem moje instrumenty. Większość z nich to chrust leśny 

I chodzi tu o potrzeby zarówno nadawcy, jak i odbiorcy.  

Oczywiście. Dlaczego u nas polska muzyka ludowa zaczęła zanikać i rozmywać się? Dlaczego statystycznego Polaka nie interesuje mazurek i zaśpiew ludowy? Dlatego, że przestał mieć potrzebę życia tym. I nie należy go za to winić.  

Choć jest i tak, że te potrzeby niekiedy należy wzbudzać… To też wasza – artystów – rola.  

Od tego jesteśmy. Za swoje decyzje płacimy cenę, bo kultura wysoka nigdy nie jest łatwa i trudno zdobyć szeroką publiczność. Najbardziej lubię moją muzykę na żywo, jest wtedy dla ludzi najbardziej przekonująca. Gdy ktoś przeczyta w twoim wywiadzie, że „Joszko gra na kamieniu, liściu i trzcinie”, to w dzisiejszych czasach może potraktować to jako kolejne show, przecież już wiele oryginalnych i szalonych rzeczy widzieliśmy. „Pewnie można grać i na maszynce do lodów” – pomyśli. Jeśli jednak ten ktoś będzie w moim zasięgu i usłyszy, co potrafię zagrać na liściu czy kamieniu, to jest szansa, że będzie tym porażony.  

Czyli wciąż wygrywa rzeczywistość, a nie to, co wirtualne. Ten album to twój autoportret? 

Tak, niewątpliwie. Grałem to, co chciałem, nie byłem niczym ograniczony. To moja odpowiedź na temat muzyki. Ta płyta jest bardzo odważna. Jak jej teraz słucham, to nie wiem, czy by się to dziś, drugi raz udało… 

Joszko Broda: Kosz jest najważniejszym miejscem artysty rozmowa misyjne pl Rodzina Brodów płyta Człowiek z lasu

Zdjęcie: Joszko Broda

Czy można powiedzieć, że ta muzyka jest w jakimś stopniu religijna czy jest po prostu „ludzka”, „twoja”, bez żadnych etykietek? A może to muzyka, którą można nazwać „muzyka źródłowa Joszko Brody”.  

Ona jest związana ściśle z moim życiem i ze światem natury. Las to przestrzeń ogromnej pierwociny. To mnie strasznie interesuje, by przenieść to do świata muzyki i przekazać go innym. Te instrumenty same o tym mówią. Czy ta muzyka jest w jakimś stopniu religijna? Ja jestem osobą wierzącą, pochodzę z karpackiego kręgu kulturowego. U nas w górach wartości są przekazywane z pokolenia na pokolenie. Ta muzyka jest mną, więc trudno ją oddzielić od wewnętrznych przekonań. Niech ona będzie taka, jak każdy chce. Ciekawy jestem, co powiedziałby na jej temat jakiś gość z Burkina Faso.  

Najbardziej lubię moją muzykę na żywo, jest wtedy dla ludzi najbardziej przekonująca. 

Może będzie kiedyś okazja…  

Takie doświadczenie bardzo mnie rajcuje, bo to prawdziwa informacja zwrotna. To jest płyta, która wyszła z lasu i z mojej kultury. To jest tak odjechana informacja, którą teraz tobie daję! Jak posłuchasz drumli, to wydaje się, że to musi być elektroniczna manipulacja. Tam nie ma żadnej elektroniki, żadnego efektu, jedynym jest pogłos sali, który i tak jest zredukowany do minimum. Realizator dźwięku podejmował w tym zakresie bardzo dobre decyzje. To jest tak naturalistycznie podane, że nie wiem, jak można bardziej. Bardziej to byłoby tak, jakbym zagrał tu, przed tobą.  


Muzyka źródła z Beskidów. Możemy taką muzykę spotkać także w innych regionach Polski? Czy Beskidy są ewenementem? Czy znasz innych artystów? 
 

Muzyka Beskidów to muzyka Karpat. Ma swój specyficzny, unikalny charakter. Dla mnie muzyka Beskidu Śląskiego jest czymś innym niż dźwięki z Beskidu Żywieckiego, ale równocześnie odnalazłem na Lubelszczyźnie masę klimatów łączących twórczość ludową góralską z tą ze wschodu. Artystów jest wielu. Ja jestem uczniem mojego taty, Józefa Brody, który przekazał mi bardzo specyficzny zestaw instrumentów. Do tego unikalnego zestawu dodałem moje specyficzne brzmienie, wymykające się kanonom myślenia na temat muzyki góralskiej. Kiedyś grałem koncert w sali Lutosławskiego Polskiego Radia. Grałem na drumli, jeden mój znajomy, który zajmował się polską muzyką ludową podszedł i powiedział: „Wiesz, ty nie grasz muzyki ludowej”.  

A co takiego?  

On mi nie powiedział co, ale wiedział, że to nie jest muzyka ludowa. Był po prostu powalony możliwościami tej drumli. Jeśli wyjdziesz na scenę i zagrasz tak: 

A jeśli wyjdziesz i zagrasz tak, że ludziom opadną szczęki, bo nie słyszeli nigdy i nigdzie takich dźwięków, to ludzie zaczynają się zastanawiać, co ja tak naprawdę gram. I ja wtedy odpowiadam: „Tak wygląda muzyka źródłowa! Właśnie tak!”.  

Czyli rzemiosło jest równie ważne, co talent i pasja.  

Gdy byłem dzieckiem, grałem wiele godzin dziennie. Moja technika nie bierze się z jakiegoś wielkiego talentu. Wiem, że potrafię dobrze zagrać, jestem profesjonalny, ale miejsce, w którym jestem zawdzięczam dwóm życiowym sytuacjom. Po pierwsze – mam to, czego wszystkim życzę… to chęć. Ja chciałem! Nikt mnie nie prosił, nikt mnie nie błagał, żebym ćwiczył. A druga rzecz – w swojej pracy mam pełen kosz, jestem z „kultury kosza”. Kosz jest najważniejszym miejscem artysty. Kosz jest pełen szukania. 

Pełen błędów.  

Tak! Czasem bywam w pracowni Józka Wilkonia, to genialna postać w kulturze, grafik i malarz, dziś ma 89 lat. To mój przyjaciel, gdy jestem u niego, to często chodzę po pracowni między podartymi pracami. Gdy to widzę, że te prace są tak genialne, to mam odruch, żeby je ocalić, ale Józek mówi: „Nie, bo to nie jest dobre”. 

>>> Dominika Chorosińska (Figurska): Rodzina to priorytet

Joszko Broda: Kosz jest najważniejszym miejscem artysty rozmowa misyjne pl Rodzina Brodów płyta Człowiek z lasu

Zdjęcie: Rodzina Brodów

Twój świat to muzyka, góry i oczywiście rodzina. Jesteście zakorzenieni w górach, w Istebnej. Na naszym portalu często piszemy o ludziach, którzy zmagają się z przeprowadzkami, migracją (z powodu ekonomii, prześladowań, wojen). Często wymieniamy na ten temat opinie. Także w Kościele trwa nad tym dyskusja. Franciszek, w migracji, chce dostrzegać dobre sprawy. To np. okazja do spotkania brata i siostry, to kultura spotkania, otwarcia się na potrzeby drugiego. A czy oba „sposoby” bycia i życia mogą być dobre? Zarówno migrowanie, jak i zakorzenienie, osadzenie w jednym miejscu? To drugie na pewno daje poczucie bezpieczeństwa, doświadczenie bliskości rodziny. 

Mieszkałem w wielu miejscach, nie zawsze w Istebnej, wiem sporo o przeprowadzkach i podróżach. Mogę powiedzieć jedno: wiem, gdzie jest mój środek świata, miejsce, gdzie chcę być i żyć. Potrafię je wskazać, wbić w konkretne miejsce kołek w ziemi. Moje centrum wszechświata jest w Istebnej, tam, gdzie się urodziłem i wychowałem. Cieszę się, że znam swoje korzenie. Za moimi plecami na koncercie stoi 800 lat mojej kultury.  

>>> Jesteśmy rodziną, tylko nie mów nikomu

Czyli zmieniając miejsce, nie tracisz tych pleców.  

Coś się traci, coś się zyskuje. Coś ma w Twoim sercu takie miejsce, że nic tego stamtąd nie wyrwie. Miejsce, mimo że ważne, nie jest najważniejsze. Dla mnie podstawą jest moja rodzina i wytworzone w niej więzi. I czy my będziemy budować nasze relacje na Ursynowie, w Krakowie, w Istebnej, czy w Lublinie – to już drugorzędna sprawa. 

Wiem, gdzie jest mój środek świata, miejsce, gdzie chcę być i żyć. 

To o te relacje jeszcze zapytam. Masz wielką rodzinę (bo „duża” to za mało powiedziane). Narodziny każdego dziecka przeżywasz i pamiętasz tak samo, czy za każdym razem jest inaczej i są inne emocje?  

Każde narodziny są najważniejsze – z naciskiem na „naj”.  

Joszko Broda: Kosz jest najważniejszym miejscem artysty rozmowa misyjne pl Rodzina Brodów płyta Człowiek z lasu

Zdjęcie: Joszko Broda i Debora Broda

Czy to nie paradoks? Każde narodziny mogą być najważniejsze? Logicznie myśląc „naj” powinno być zarezerwowane dla jednego wydarzenia, dla jednych narodzin. „Każde” nie może być „naj”, tak by się wydawało. Czy to się wzajemnie nie wyklucza?  

To jest w tym właśnie fantastyczne. To opowieść z serii, że 1+1 może równać się 3.  

Czyli to wydarzenie, które wymyka się logice?  

Przyjście dziecka na świat to wybuch miłości i idących za tym nowych pokładów energii. Takie stworzenie całego świata od nowa. Powstanie całkowicie nowej koncepcji i nowy punkt widzenia. Ten konkretny moment jest absolutnie niepowtarzalny. Nie wiem, czy wymyka się logice, ale na pewno wymyka się najśmielszym przypuszczeniom. 

>>> Tak Rodzina Brodów cieszy się z narodziny Antoniny! [WIDEO]

Od początku myśleliście o tak dużej gromadce?  

Tak. Od początku mieliśmy taką decyzję. Moja żona sama ma czternaścioro rodzeństwa i w związku z tym czuła i lubiła ten klimat, więc już w liceum była pewna, że to jest coś, czego chce w życiu.  

Przy takiej rodzinie jest pewnie cała paleta pięknych emocji. A co jest w tym wszystkim trudnego? Może logistyka, organizacja? A może przy takiej liczbie osób ta „machina” sama się kręci? 

My jesteśmy rodziną „wysoko wielodzietną”… 

Jest taka osobna kategoria?  

Tak. I takich rodzin nie jest w Polsce wiele. Wiesz, co jest najtrudniejsze? To, jak odbierają nas inni. Jesteśmy mniejszością i w związku z tym stworzyliśmy termin „wielodzietnofobia”, bo istnieje zjawisko niezrozumienia nas i piętnowania tylko z tego powodu, że mamy dużo dzieci.

  

A to ciekawe. Gdy pomyślę o przywiązaniu Polaków do rodziny, do wartości, także katolickich, to takiej cechy bym nam – Polakom – nie przypisał. A tu masz… W czym ta fobia się przejawia? 

Hejt, który nas zalał, w kontekście narodzin 11. dziecka i naszych piosenek, które przygotowaliśmy („Wielkie odliczanie” i „Nareszcie”) był przerażający. Jednocześnie, przyszła do nas masa pięknych wiadomości, recenzji, tekstów wsparcia, ale było dużo tej złej strony. To jest trudne, bo zło się materializuje i w nas uderza.

>>> CBOS: rodzina zasadniczą treścią życia Polaków

  

Myślisz, że wszystkie wasze dzieci będą związane w przyszłości z muzyką? W dorosłym i zawodowym życiu? Czy może niektórzy z nich już przejawiają inne zainteresowania?  

Mój najstarszy syn – Jasiek – jest uczniem Józefa Wilkonia. Rzeźbi, maluje i rysuje pod jego kierunkiem. W wieku dziewiętnastu lat ma zawód w ręku. Jest też zdolny muzycznie i może iść również w tę stronę. Marysia zaśpiewała z nami niedawno wiersze Zbigniewa Herberta według własnej interpretacji, czym doprowadziła do wzruszenia całą publiczność, łącznie z siostrzeńcem poety, który wskoczył na scenę i pocałował ją w rękę. Budujemy przestrzeń w naszym domu, która sprawia, że dziecko potrafi tak zaśpiewać i tak samodzielnie tworzyć…  

To musi być wolność.  

Bez niej nie byłoby rozwoju, bez niej nie byłoby sztuki.   

>>> Bp Śmigiel: Bóg wkroczył w historię świata posługując się rodziną

***  

Joszko Broda nie zamierza zwalniać tempa. Po swojej najnowszej i bardzo osobistej płycie już zaczął pracę nad albumem zespołowym, bo rodzinnym! „To płytą chcemy pokazać, że rodzina jest siłą!” – mówi muzyk, kompozytor i lider zespołu „Rodzina Brodów”. Przy tych piosenkach będą bawić się dzieciaki, a rodzice będą mogli odnaleźć swoją przestrzeń. Wraz z pojawieniem się na świecie najmłodszej córki Tosi, postanowiliśmy wydać swoją pierwszą płytę. Wszystkie utwory na albumie będą dostępne w sieci za darmo, a dla tych, którzy wezmą udział w zbiórce na ten cel, przygotowany jest wyjątkowy muzyczny pakiet” – mówi Joszko Broda. Zbiórka na realizację tego muzycznego projektu odbywa się w internecie.  

Zobacz także
Wasze komentarze