fot. arch. ks. Grzegorza Płanety
Ksiądz-alpinista: jestem pogodzony z tym, że Pan Bóg może powiedzieć: Grzegorz, wystarczy [ROZMOWA]
Kiedyś po zdobyciu jednego szczytu od razu myślał o kolejnym, trudniejszym. Dziś ks. Grzegorz Płaneta – alpinista i ratownik GOPR, patrzy na górskie marzenia inaczej: chce nadal korzystać ze swoich możliwości, ale nie za wszelką cenę. W rozmowie z Karoliną Binek opowiada o zmianach, które przyniosły lata wspinaczki, o odkrywaniu własnych granic i o tym, dlaczego czasami warto pozwolić marzeniom pozostać marzeniami.
Karolina Binek (misyjne.pl): Najpierw w Księdza życiu była pasja do gór czy jednak kapłaństwo?
Ks. Grzegorz Płaneta: – Pasja, choć nie wiem, czy wtedy można było już mówić o pasji, bo ona dopiero się rodziła. Zdecydowanie jednak najpierw były góry.
Zainteresowanie górami pojawiło się już w dzieciństwie czy przyszło później?
– Urodziłem się w pobliżu Gór Świętokrzyskich, w niewielkiej wiosce. Tam właściwie niemal wszędzie miałem pod górkę. Do szkoły miałem pod górkę, na przystanek autobusowy, gdy chciałem pojechać do miasta, również miałem pod górkę. Do kościoła miałem pod górkę. Kiedy chciałem iść się pobawić, znowu miałem pod górkę. Tylko do domu miałem z górki, chociaż teraz, kiedy o tym myślę, wydaje mi się, że i tak najdłużej wracałem właśnie do domu. Pod tę górkę szło mi szybciej. Oczywiście, z dzisiejszej perspektywy były to małe góreczki, ale dla dziecka wydawały się naprawdę duże. Nikt nie zabierał mnie wtedy w jakieś wielkie góry. Dopiero później uświadomiłem sobie, że pierwszy kontakt z wyższymi górami pojawił się już wcześniej. Przed przejściem z przedszkola do pierwszej klasy pojechałem na kolonię do Białego Dunajca i wtedy chodziliśmy po Tatrach. Wtedy pani prowadziła mnie za rękę na szlaku, bo po nich biegałem. Później jednak, przez całą szkołę podstawową, góry pojawiały się raczej sporadycznie, przy okazji pojedynczych wycieczek szkolnych. To nie było jeszcze regularne spędzanie czasu w górach. Podobnie wyglądało to w szkole średniej. Dopiero na studiach wszystko zaczęło się zmieniać. Miałem przyjaciela, Pawła, który już jeździł w góry. Pojechałem z nim na pierwsze samodzielne wyjście, podczas którego chodziliśmy przez kilka dni. I od tego wyjazdu zaczęliśmy chodzić naprawdę dużo po górach: od Bieszczad aż po góry otaczające Kotlinę Kłodzką. Prawie każde wolne dni w seminarium kończyły się wypadem w góry. Nie chcę powiedzieć, że byliśmy w każdej górskiej części Polski, bo byłoby to niemożliwe, ale naprawdę bardzo dużo wtedy chodziliśmy. W ten sposób zaczęło się moje spędzanie niemal każdej wolnej chwili w górach.
Kiedy pojawił się pierwszy wyjazd za granicę i pierwsza poważniejsza wspinaczka?
– To nie jest do końca tożsame. W pewnym momencie obiecałem sobie, że nie pojadę za granicę, dopóki nie przejdę gór w Polsce. Chciałem najpierw dobrze poznać polskie góry i tego słowa dotrzymałem. Za granicę pojechałem dopiero wtedy, kiedy byłem już księdzem, po święceniach. Pierwszy wyjazd nie był jednak typową wspinaczką. Pojechałem wtedy do Ukrainy, z zamiarem przejścia całej połoniny, w której znajduje się Pikuj, najwyższy szczyt Bieszczad, który leży po stronie ukraińskiej. Nie weszliśmy wtedy na Pikuj klasyczną drogą, ale zamiast tego przeszliśmy z kolegą całą grań. Szliśmy kilka dni, niosąc cały sprzęt na plecach. Były to zupełnie inne czasy niż dzisiaj. Nie było jeszcze GPS-ów, nie było powszechnie dostępnej nawigacji. Musieliśmy korzystać z przedwojennych map i zdjęć satelitarnych, które kolega informatyk ściągnął dla nas, wydrukował i na ich podstawie przygotowaliśmy się do przejścia.
Dzisiaj nawigacja w górach wygląda zupełnie inaczej. Z perspektywy czasu te różnice są rzeczywiście aż tak duże?
– Są kolosalne, szczególnie jeśli chodzi o nawigację. Nie używam nawigacji w potocznym znaczeniu: skręć w lewo, idź dalej prosto, ale często korzystam z interaktywnych map. Tutaj rzeczywiście zmieniło się bardzo dużo. Są jednak rzeczy, które w górach pozostają niezmienne. Nie zmieniła się pogoda – nadal będzie taka, jaka będzie, i niezależnie od tego, jak dobry mamy sprzęt, nie mamy na nią wpływu. Nie zmieniły się również nasze możliwości fizyczne. Nadal mamy określone siły, możliwości i ograniczenia. Tego nie zmieni żadna technologia. Natomiast, rzeczywiście, nawigowanie w górach i możliwości, które daje nam dzisiaj sprzęt i odzież zmieniły się ogromnie.

Przed każdym wyjściem albo wspinaczką trzeba się przygotowywać i dużo trenować?
– To zależy od tego, o jakim wspinaniu mówimy. Nie przygotowuję się specjalnie przed każdym wyjściem, ponieważ przez cały rok regularnie trenuję. Trudno więc powiedzieć, że za każdym razem rozpoczynam jakieś szczególne przygotowania. Czasami, przed konkretnym wyjazdem, wzmacniam treningi, ukierunkowane na trudności. Bardzo często w niedzielę, po odprawieniu mszy świętych w parafii, które kończę około godziny 12.30, wsiadam do samochodu i jadę w Beskidy. Pracuję w takim systemie, że co drugi poniedziałek mam wolne. Jeżeli następnego dnia pracuję, to w niedzielę zazwyczaj wracam do domu. Jeżeli natomiast mam wolny poniedziałek, mogę zaplanować sobie wyjście w taki sposób, żeby przenocować gdzieś w terenie lub w schronisku, a następnego dnia zrobić pętlę po górach, zejść do samochodu i wrócić na wieczorną mszę świętą w parafii. Dlatego trudno mi czasami powiedzieć, co jest treningiem, a co po prostu normalnym życiem. Po tych kilkudziesięciu latach trochę odcinam kupony od sposobu życia, który prowadzę na co dzień. To nie są jakieś szczególne treningi przed każdym wyjazdem, tylko raczej życie górami. Oczywiście, kiedy planuję coś naprawdę trudnego, wtedy przygotowuję się do tego bardziej świadomie.
>>> Ksiądz motocyklista: pokory nauczyłem się na dwóch kołach [ROZMOWA]
Czego góry nauczyły Księdza w kontekście własnych granic? Zdarzają się sytuacje, kiedy bardzo chce Ksiądz iść dalej, ale pogoda pokazuje, że trzeba odpuścić?
– W Polsce takie sytuacje zdarzają się rzadziej, bo pogoda jest tutaj bardziej przewidywalna. Bardziej przewidywalna, co nie znaczy, że zawsze do przewidzenia. Nie jest tak, że za każdym razem jadę na jakąś wyprawę czy wspinaczkę i dopiero na miejscu muszę decydować, czy odpuszczam. Jeżeli jest dobra pogoda, jadę w góry. Jeżeli nie ma dobrej pogody, czasami jadę, a czasami nie. Deszcz nie zawsze jest przeszkodą, przynajmniej dla mnie, w chodzeniu po górach. Śnieg również nie musi być problemem, zależy ile go jest i dokąd się wybieram. Burze natomiast są czymś zupełnie innym i tutaj zachowuję szczególną ostrożność. Jeśli chodzi o wyprawy alpejskie, to sytuacje, w których trzeba było zrezygnować, zdarzały się częściej. Dobrym przykładem jest Matterhorn – góra bardzo popularna i znana, o której zdobyciu marzy wiele osób wyjeżdżających w Alpy. Miałem trzy podejścia do tej góry. Podczas pierwszego byłem już w Hörnli, czyli w schronisku, z którego wyrusza się na wspinaczkę. Wyszliśmy rano z moim przyjacielem i przyjaciółką, która później przez wiele lat była moją partnerką wspinaczkową. W pewnym momencie zawróciłem, ponieważ oceniłem, że mój przyjaciel jest zbyt słaby i nie da rady wejść na tę górę. Byłem już wtedy po kilku wyjściach w Alpy. Nie pojechałem więc tam bez żadnego doświadczenia. Wiedziałem, co robię, i wiedziałem również, że dla niego ta góra jest w tamtym momencie zbyt trudna. Chyba do dziś ma o to do mnie trochę żalu, a wtedy na pewno miał duży. Mimo to uważam, że była to właściwa decyzja. Przy drugim podejściu pojechałem pod górę, ale pogoda była niestabilna, więc nawet nie próbowałem iść dalej. Dopiero kilka lat później, a więc za trzecim razem, wyszedłem na szczyt. Wcześniej zeszliśmy z Alphubel, jednej z najzimniejszych gór w Alpach, położonej wśród potężnych lodowców Alp Berneńskich. Wiedziałem wtedy, że jestem dobrze zaaklimatyzowany. Czułem, że mam dużo energii i siły. Kondycyjnie byłem przygotowany. Wiedziałem więc, że mogę pojechać pod Matterhorn i spróbować. Pierwszego dnia podejście do biwaku. Drugiego do pokonania było około 1400 metrów przewyższenia, częściowo podejścia, częściowo ścieżki, ale najwięcej wspinania. Opisy mówią, że to 1700 metrów drogi wspinaczkowej. Z moją przyjaciółką, z którą już wtedy wielokrotnie wspinałem się w Alpach, pokonaliśmy tę drogę w tempie, w którym wychodzą na nią przewodnicy, którzy ja doskonale znają.
W podejmowaniu decyzji – iść czy też nie iść w góry – pomaga Księdzu doświadczenie ratownika GOPR?
– Chyba nie aż tak, ponieważ ratownikiem nie jestem długo. To przede wszystkim doświadczenie, które zbierałem przez kilkanaście, a właściwie już kilkadziesiąt lat spędzonych w górach. Z czasem zacząłem po prostu lepiej oceniać różne sytuacje. Oczywiście, musiała kiedyś złapać mnie ulewa, musiałem zobaczyć, jak gwałtownie potrafi zmienić się pogoda. I to nie raz. Tego nie da się całkowicie uniknąć, nawet przy dużym doświadczeniu. Z czasem jednak człowiek uczy się oceniać ryzyko. Doświadczenie nie uchroni nas przed tym, że pogoda pewnego dnia się nagle zmieni. Może jednak uchronić nas przed niepotrzebnym pchaniem się w niebezpieczne sytuacje.
Skoro już wspomnieliśmy o byciu ratownikiem GOPR, to skąd pomysł, żeby nim zostać?
– To nie jest prosta odpowiedź. Sam nie potrafię znaleźć jednego, prostego powodu. Myślę, że służba i pomaganie innym były w moim życiu obecne już wcześniej. Różne rzeczy, które robiłem, były związane z obszarem pomocy. Wcześniej szukałem swojego miejsca między innymi w ośrodkach psychoterapeutycznych, najpierw jako wolontariusz, później jako terapeuta. Samo ratownictwo pojawiło się natomiast w sposób bardzo mocno związany ze wspinaniem. W pewnym momencie zostałem instruktorem wspinaczki sportowej i uczyłem innych wspinania. Ludzie, których uczyłem, w międzyczasie odnaleźli swoją drogę w ratownictwie i związali się z GOPR-em na Jurze Krakowsko-Częstochowskiej. Przeszli całą ścieżkę i zostali ratownikami ochotnikami, a jedna z tych osób została nawet ratownikiem zawodowym. Gdy na Jurze zmieniły się władze i zbliżało się duże, coroczne święto, jakim jest Święto Ratownika, moi znajomi doszli do wniosku, że chcieliby mnie zaprosić, żebym odprawił podczas tego święta mszę świętą w plenerze. Przyjechało wtedy bardzo dużo zaproszonych gości z innych grup GOPR. Na mszy powiedziałem do ratowników kilka słów. Okazało się, że część osób z innych grup była przekonana, że jestem ratownikiem, a przynajmniej że jestem kapelanem. Wszystkich wyprowadzałem z błędu. Byli mocno zdziwieni, kiedy dowiadywali się, że ani jednym, ani drugim nie jestem. Rok później sytuacja się powtórzyła. Zostałem ponownie zaproszony, ale wtedy naczelnik poprosił mnie, żebym został kapelanem tej grupy GOPR. Zgodziłem się, ale postawiłem jeden warunek – chciałem zostać również ratownikiem. Zależało mi na bezpośrednim kontakcie z ludźmi, którym miałem później, jako kapelan, towarzyszyć. Mam takie doświadczenie, że trudno jest być z kimś i pełnić posługę kapelana, jeżeli nie wiem, z czym ci ludzie rzeczywiście się mierzą. Chciałem więc poznać ich świat od środka. Naczelnik powiedział: „dobrze, ale w takim razie musisz przejść całą ścieżkę, od naboru”. I tak też zrobiłem. Przeszedłem tę samą drogę, co każdy ratownik, a więc zgłosiłem się na nabór, przeszedłem rekrutację, odbyłem staż, później okres kandydacki, zaliczyłem wszystkie wymagane egzaminy, manewry i szkolenia. W ten sposób zostałem ratownikiem w naszej Jurajskiej Grupie. Myślę więc, że był to trochę taki splot różnych rzeczy: wcześniejszego pomagania ludziom, wspinania, uczenia innych, znajomości z osobami związanymi z GOPR-em, a przede wszystkim potrzeby, żeby, będąc kapelanem, rzeczywiście wiedzieć, z czym mierzą się ludzie, którym chcę towarzyszyć.

Podczas wspinaczki Ksiądz również się modli? Góry są dla Księdza miejscem spotkania z Bogiem?
– Rozdzieliłbym tutaj dwie rzeczy. Z jednej strony są moje wyjazdy, często indywidualne, raczej spacery, najczęściej po Beskidach. Oczywiście, moi przyjaciele trochę się śmieją, kiedy mówię o nich „spacerek”, bo zazwyczaj zanim się wybiorę, pytają, ile będzie przewyższenia, ile kilometrów, ile godzin przewiduję na przejście i jakie tempo zamierzam utrzymać. Ale właśnie te moje „spacerki” po górach są dla mnie czasem, kiedy mogę bardzo dużo rzeczy przemyśleć. To jest dla mnie niezwykle ważne. Miałem nawet taki okres, kiedy zostałem proboszczem i miałem trudność z modlitwą w kościele, w którym posługiwałem. Kiedy wchodziłem do kościoła, od razu widziałem różne rzeczy, które trzeba było zrobić: coś jeszcze trzeba było przygotować, coś poprawić, coś dokończyć. Zamiast skupić się na modlitwie, zaczynałem myśleć o kolejnych obowiązkach. Z czasem ta trudność minęła, ale musiałem się po prostu nauczyć innego sposobu modlitwy. Wtedy wyjazdy w góry pomagały mi utrzymać relację z Bogiem. W górach jest coś wyjątkowego. Kiedy zaplanuję trasę i już na nią wyjdę, mogę oczywiście przyspieszyć albo zwolnić, ale nie mogę nagle zrobić wszystkiego, co przychodzi mi do głowy. To, czym zajmę wtedy swoją głowę, zależy ode mnie. Początkowo jest to dla mnie czas na przemyślenie różnych spraw, poukładanie ich, zastanowienie się nad tym, co zamierzam i co jeszcze mam do zrobienia. Kiedy już te wszystkie sprawy sobie poukładam, przychodzi czas, w którym zaczynam zajmować głowę czymś innym. Z czasem stało się to dla mnie pewnego rodzaju rytuałem, bo zaczynam wtedy spotkanie ze Stwórcą. W zależności od tego, ile mam do przejścia, ten czas może trwać nawet kilka godzin. Mam wtedy wrażenie, że po prostu z Nim rozmawiam, albo podziwiam Go w stworzeniu. To jest czas takiego bycia z Nim. Nie nazwałbym tego nawet ukierunkowaną modlitwą. Bardziej jest to świadomość chodzenia w Jego obecności i bycia w Jego obecności. Myśli krążą wtedy przy Nim, czasami przy Ewangelii, czasami wokół ludzi i relacji, czasami wokół ważnych spraw, które są związane z moim życiem i moją relacją z Bogiem. To jest jedna forma bycia z Panem Bogiem w górach. Myślę, że jest to stały element moich wyjść i częściowo właśnie po to tam chodzę, szczególnie wtedy, kiedy jeżdżę sam. Natomiast jeśli mówimy o wspinaniu, o wyprawie i zdobywaniu konkretnego szczytu, jest to inne doświadczenie. Pojawia się wtedy modlitwa związana z mierzeniem się z czymś trudnym, z własną granicą. Takie wyjścia kosztują mnie bardzo dużo wysiłku. Beskidy rzeczywiście są dla mnie raczej spacerem, nawet relaksem. Wyjścia alpejskie to dłuższe wyprawy wysokogórskie i są o wiele bardziej wymagające. Przy trudnych podejściach, szczególnie na początku, kiedy pojawia się mozolny wysiłek i duże zmęczenie, trudno mi po prostu kontemplować. Wtedy bardzo często modlę się różańcem. Zwykle pierwszy dzień zaczyna się od dojścia do schroniska albo biwaku, jeśli idziemy z namiotem, i wtedy często towarzyszy mi właśnie modlitwa różańcowa. Kolejnego dnia wyjście również bardzo często rozpoczynam od różańca. Później jednak, kiedy jestem coraz wyżej, zaczynam się wspinać i moja uwaga musi być mocno skoncentrowana na tym, co robię, doświadczenie modlitwy staje się zupełnie inne.
Co dzieje się wtedy z modlitwą, kiedy wspinaczka wymaga już pełnego skupienia?
– Trudno mi to opisać, ale im dalej idę i im jestem wyżej, tym więcej różnych trosk odpada. Zostawiam za sobą to wszystko, czym żyję na co dzień. Im jestem wyżej, tym bardziej skupiam się na „tu i teraz”. Jednocześnie myśli i tematy, które do mnie przychodzą, stają się coraz bardziej wyselekcjonowane. W mojej głowie zostaje tylko to, co jest istotne i ważne w moim życiu. Kiedy zaczynam się wspinać, kiedy wchodzę w trudność ściany czy grani i pojawia się największy wysiłek, muszę skoncentrować się przede wszystkim na tym, co robię. Wtedy korzystam z całej wiedzy i doświadczenia, które zdobyłem. Muszę wiedzieć, jak używać sprzętu, którędy poprowadzić drogę. Doświadczenie podpowiada mi czasami, że lepiej wybrać kawałek litej skały, nawet jeśli technicznie jest trochę trudniejszy, niż coś łatwiejszego, ale gdzie widać kruszyznę. Ważne są również całoroczne treningi wspinaczkowe, które pozwalają mi przygotować ciało do wysiłku. Doświadczenie uczy mierzyć siły na zamiary. Uczy analizować pogodę i rozumieć, kiedy trzeba się wycofać, bo nie uda się bezpiecznie przejść dalej. Po kilkunastu czy kilkudziesięciu latach wspinania w skałach i po górach wysokich mam pewien zestaw wiedzy, umiejętności i doświadczenia, który pozwala mi podejmować decyzje. W takich sytuacjach naprawdę bardzo dużo zależy ode mnie. Jeżeli popełnię błąd, może się okazać, że będzie on niewybaczalny. Mam świadomość, że nawet jeżeli zrobię wszystko w stu procentach dobrze, w górach może wydarzyć się coś, na co nie mam żadnego wpływu. Może wysunąć się blok skalny, może wydarzyć się coś zupełnie nieprzewidywalnego. Kiedy wchodziliśmy z przyjaciółką na Matterhorn, dwa dni wcześniej zginął człowiek. Oderwał się duży blok skalny razem ze stanowiskiem przygotowanym do zjazdu, z którego wcześniej korzystało bardzo wielu wspinaczy. To była sytuacja, której nie można było przewidzieć i kontrolować. Wiem więc, że mogę zrobić wszystko, co jestem w stanie zrobić, żeby zachować zasady bezpieczeństwa, a mimo to może wydarzyć się coś, na co nie będę miał żadnego wpływu. I właśnie tutaj pojawia się także moje doświadczenie wiary. Z jednej strony wszystko zależy ode mnie: od wiedzy, doświadczenia, umiejętności, rozsądku i decyzji, które podejmuję. Z drugiej strony wiem, że ostatecznie wszystko zależy od Stwórcy. W górach robię naprawdę maksimum, żeby zachować bezpieczeństwo, bezpiecznie wejść na górę, wspiąć się i z niej zejść. Jednocześnie mam świadomość, że może wydarzyć się coś, co jest poza moją kontrolą. Wiem, że Stwórca może powiedzieć: „Grzegorz, wystarczy, już chodź”. Nie chcę, żeby zabrzmiało to źle. Nie chodzę w góry po to, żeby umrzeć. Wspinam się od ponad dwudziestu lat i z wielu gór już się wycofywałem. Jest jednak we mnie pewna zgoda na to, że ostatecznie Pan Bóg może powiedzieć inaczej, niż ja sobie zaplanowałem. Jestem jakoś z tym pogodzony. Jeśli idę z Nim razem i On powie, że wystarczy, to ja daję na to zgodę. Jest to dla mnie niesamowite doświadczenie – z jednej strony zależność od wszystkiego, co umiem i potrafię, a z drugiej świadomość zależności od tego, czego chce Pan Bóg.
>>> Karmelitanki bose: nie przyszłyśmy tu uciec od świata. Przyszłyśmy szukać Boga [ROZMOWA]
Jaki był najtrudniejszy moment w całej Księdza historii wspinaczkowej? Taki, w którym rzeczywiście pojawił się strach o własne życie?
– Chyba najtrudniejsze momenty nie były tymi, w których bałem się o swoje życie, przez lata trochę nauczyłem się mierzyć siły na zamiary. Najtrudniejsze momenty były związane nie tyle z lękiem o mnie, ile z sytuacjami, kiedy ktoś, kto szedł ze mną, nagle okazywał się nieprzygotowany do tego, co się wydarzyło. Czasami ktoś nie wiedział, co robić, czasami pojawiały się lęki, których wcześniej nie przewidziałem. Wtedy trzeba było zaopiekować się tą osobą i to właśnie takie sytuacje były dla mnie najtrudniejsze. Przypominają mi się dwa konkretne przykłady. Jeden wydarzył się w masywie Monte Rosy, kiedy wchodziliśmy na Liskamm. Szliśmy bardzo wąską granią, można powiedzieć, że była jak żyletka. Trzeba było stawiać nogę dokładnie przed nogą, a po obu stronach znajdowała się przepaść. Nie można było się potknąć. Już po przejściu części tej grani, jedna z osób powiedziała, że nie jest w stanie iść dalej. Musiałem wtedy zawrócić całą ekipę – dwa zespoły. Samo odwrócenie się na tej grani było bardzo trudne. Była to grań śnieżno-lodowa i żeby się obrócić, trzeba było usiąść na niej okrakiem i dopiero w ten sposób zmienić kierunek. Miałem wtedy bardzo dużo lęku, przede wszystkim o tę osobę i o to, czy komuś z całego zespołu nic się nie stanie. To było naprawdę trudne doświadczenie.

To rzeczywiście brzmi przerażająco… A jeśli chodzi o drugie wydarzenie?
– Drugie wydarzenie miało miejsce w masywie Mont Blanc. Byłem tam z przyjacielem i wspinaliśmy się granią. Całą grań prowadziłem, ponieważ on powiedział, że może iść, ale dla niego jest ona zbyt trudna, żeby ją prowadzić. W pewnym momencie zobaczyliśmy, że nadchodzi załamanie pogody. Nie wychodziliśmy już na sam szczyt, tylko po przejściu trudności wycofaliśmy się. Kiedy znaleźliśmy się w żlebie, nasza uwaga była już znacznie mniejsza, ponieważ wydawało się, że jest tam względnie bezpiecznie. Gdybyśmy się potknęli, moglibyśmy zjechać, ale zatrzymalibyśmy się na wypłaszczeniu. Zbieraliśmy więc siły na późniejsze przejście lodowca, na którym były szczeliny, i chyba obaj szliśmy już trochę mniej uważnie. W pewnym momencie potknąłem się, przewróciłem i zacząłem zjeżdżać. Mój kolega znalazł się na mojej drodze i zjechaliśmy razem. Wyglądało to niemal jak sytuacja, z której można się śmiać – ja się potknąłem, on poleciał za mną, obaj zjechaliśmy, po czym wstając, padł komentarz: „Haha, to przyśpieszyliśmy sobie trochę zejście”. Tylko, że kiedy kolega chciał zrobić krok, to znowu się przewrócił. Okazało się, że podczas tego zjazdu noga została tak uszkodzona, że nie był w stanie dalej iść. Wezwaliśmy pomoc. Była to jedyna sytuacja, kiedy wzywaliśmy śmigłowiec i została podjęta poważna akcja ratunkowa. Wtedy pojawił się naprawdę duży lęk o to, co będzie dalej, co stanie się z jego nogą, czy będzie mógł chodzić. Czułem się za tę sytuację odpowiedzialny, ponieważ to ja się potknąłem i w pewnym momencie na niego najechałem. Później okazało się, że potrzebna była bardzo skomplikowana operacja. Jego noga została poważnie uszkodzona i ostatecznie w Polsce, w Piekarach, lekarze dobrze się nim zajęli. Dla mnie jednak najtrudniejszy był ten pierwszy moment, czyli oczekiwanie na pomoc i świadomość, że coś poważnego się wydarzyło. Bałem się przede wszystkim o jego zdrowie i o to, czy będzie mógł normalnie chodzić. Jak silne było moje napięcie, może świadczyć fakt, że kiedy śmigłowiec zwiózł mnie na dół, siedziałem w kurtce puchowej w aucie na parkingu i nie mogłem się zagrzać. Było dużo ponad 30 stopni, samochód stał w słońcu, a ja trząsłem się bardzo długo, z zimna. Myślę, że przeżyłem wtedy dreszcze psychogenne albo coś podobnego.
Po tylu latach wspinania ma Ksiądz jeszcze jakieś górskie marzenia? Jest jakaś góra, na którą szczególnie chciałby Ksiądz wejść?
– Jeżeli chodzi o góry, to jest kilka takich, na które kiedyś chciałem wejść, ale ostatecznie nie wszedłem. Dzisiaj mam jednak 52 lata i trochę inaczej patrzę na takie marzenia. Czasami myślę, że jeżeli bardzo mocno wymarzę sobie jakąś konkretną górę, to mogę później zacząć się na nią za wszelką cenę pchać. Mogę nie wyczuć momentu, w którym powinienem już odpuścić. Dlatego chyba jestem dzisiaj na takim etapie życia, kiedy staram się nie przywiązywać do marzeń aż tak mocno. Oczywiście, mam na oku kilka gór, na które chciałbym wejść, ale przede wszystkim zobaczę, jak będzie z moimi siłami. Od około pięciu lat mam świadomość, że już powoli słabnę. Widzę jednak coś ciekawego: moja wytrzymałość jest dzisiaj chyba większa niż piętnaście lat temu. W pewien sposób nadal rośnie. Mam jednak nieco mniej siły i wiem, że moje możliwości nie są takie same jak wtedy, kiedy miałem trzydzieści czy czterdzieści lat.
A takie ostatnie spełnione marzenie?
– Dotyczyło sprawdzenia, na jakim etapie mojego słabnięcia jestem i z jakimi trudnościami mogę się jeszcze mierzyć. W zeszłym roku byłem na przepięknej górze Écrins. To najdalej wysunięty na południe czterotysięcznik, leży na terenie Francji, w parku narodowym o tej samej nazwie. To wyjście pokazało mi, że nadal mogę robić trudne góry, i że mogę jeszcze mieć jakieś marzenia. W dniu, kiedy wchodziliśmy na tę górę ruszyło ze schroniska dziesięć ekip, na szczyt weszły trzy, jedna z przewodnikiem i my byliśmy jedną z dwóch, które weszły, a od przełęczy wspinały się samodzielnie. Mam nadzieję, że będzie mi jeszcze dane zrobić kilka takich gór, które kiedyś znajdowały się na liście moich zainteresowań. Kiedy jeździłem wcześniej w Alpy, stawiałem sobie kolejne cele: teraz ta góra, później trudniejsza, potem jeszcze trudniejsza. Kiedy zrobiłem Matterhorn, myślałem już o czymś trudniejszym, gdy zrobiłem coś trudniejszego, to już myślałem o czymś jeszcze trudniejszym. A teraz chciałbym nadal korzystać z możliwości, które mam, ale bez potrzeby stawiania sobie coraz trudniejszych celów.
Bądź na bieżąco z Misyjne.pl!
Obserwuj misyjne.pl w Google News. Dodaj nas do ulubionych, aby nie przegapić najważniejszych treści z kraju i ze świata.
Wybrane dla Ciebie
Czytałeś? Wesprzyj nas!
Działamy także dzięki Waszej pomocy. Wesprzyj działalność ewangelizacyjną naszej redakcji!
| Zobacz także |
| Wasze komentarze |

Mają nawet 20 lat i już trafiają na ulicę. Dom Miry daje im szansę na zmianę [ROZMOWA]
Święta Klara nie była „kopiuj-wklej” Franciszka. Miała własną wizję Kościoła [ROZMOWA]
Zagroda dla owiec, łódź i studnia przy klasztorze. Wyjątkowa katecheza dla dzieci [ROZMOWA]





Wiadomości
Wideo
Modlitwy
Sklep
Kalendarz liturgiczny