fot. Krzysztof Błażyca

fot. Krzysztof Błażyca

Uganda: Akoro. Mleko i krew [FOTOREPORTAŻ/MISYJNE DROGI]

Położone w północno-wschodniej Ugandzie ziemie Karamoja sprawiają wrażenie miejsca surowego i mało gościnnego. To kraj dumnych wojowników, podstawowych potrzeb i arena „krowich wojen”, w których niestety wciąż giną ludzie. Stąd misje, a te są tu młode, napotykają na spore wyzwania.

Ten niemal półpustynny obszar niedaleko granicy z Kenią, położony w sąsiedztwie malowniczego pasma gór Kadam, zamieszkany jest przez lud Karimojongo. Należą oni do szerszej grupy etnicznej Tunga, tej samej co m.in. ugandyjscy Iteso, Lango czy kenijscy Turkana i Masajowie. Przodkowie Karimojongów pochodzą z Abisynii, dzisiejszej Etiopii, skąd wyruszyli w głąb kontynentu w czasie ekspansji islamu na tereny Afryki. Ostatecznie około XVI wieku dotarli do terenów rzeki Apule i Nakadanya, obszarów dzisiejszej Karamoji w Ugandzie.

Krowy od Boga

To pasterze, dla których największą wartością w ich kulturze są krowy. Wierzą, że otrzymali je od Akujù, czyli Boga, dlatego mają prawo, a wręcz obowiązek, sprowadzić do swoich stad wszystkie krowy rozproszone po świecie. Czyli w praktyce – napadać na sąsiadów i kraść ich bydło. – W zeszłym tygodniu osiem osób zginęło – mówił proboszcz parafii w Paimol na sąsiednich ziemiach Aczoli, podczas naszego niedawnego spotkania. – Wciąż zdarzają się napady – dodawali żołnierze stacjonujący na szczycie góry Oret, mający za zadanie patrolować graniczne obszary. Bydło jest podstawą egzystencji Karimojongo, wyznacznikiem pozycji społecznej, warunkiem przetrwania, a dla mężczyzny koniecznością, aby zdobyć żonę – pierwszą i każdą kolejną. Codzienność Karimojongo naznaczona jest zaś zmaganiem się z suszą, bo deszcze tu nieregularne, a ziemia nie sprzyja uprawom. Stąd, gdy rozmawiam z ludźmi, mówią wprost, że głód stał się częścią ich pozdrowienia. – Jak się zapytasz: „How are you?” (jak się masz?) odpowiedzą ci: akoro, czyli po prostu: „głód”. A gdy panuje głód, pożywieniem jest mleko z krowią krwią – mówi Josaphat, misjonarz, który sam należy do Karimojongo.

fot. Krzysztof Błażyca
Tancerze Karimojongo podczas uroczystości ku czci Męczenników Ugandyjskich w Namugongo/fot. Krzysztof Błażyca

Pierwsi misjonarze

Gdy w 1894 roku Brytyjczycy ustanowili w Ugandzie protektorat, Karamoja początkowo nie została do niego włączona, a region traktowano jako odległe i trudne do kontrolowania terytorium. Dopiero w 1914 r, w obawie przed ekspansją włoskiej armii z Etiopii i Somalii, brytyjskie wojska stacjonujące w Gulu wkroczyły do regionu wraz z wojownikami Aczoli, narzucając swoją administrację. Wydarzenie to Karimojongowie nazwali lokijuka, co oznacza brutalną ingerencję, która zakłóciła dotychczasowe życie społeczności. Nową władzę określono słowem arieny, czyli okrutna.

fot. Krzysztof Błażyca
fot. Krzysztof Błażyca

Pierwszymi katolickimi misjonarzami, którzy dotarli na tereny Karamoja, byli włoscy misjonarze kombonianie z Werony. Przybyli tu około 1933 roku z ziem Aczoli, prowadzeni przez ojca Luigiego Molinaro, zakładając misję w Kamole. Jako że był to okres konfliktów europejskich w regionie Rogu Afryki, misjonarze wkrótce zostali aresztowani przez brytyjską administrację z powodu podejrzeń o powiązania z wrogimi siłami. Ich misja została wznowiona w latach 50. XX w. Wtedy w miejscowości Nabilatuk powstała pierwsza szkoła podstawowa: proste, kryte strzechą zabudowania. W 1959 r. szkołę przeniesiono do pobliskiego Acegeretolim, które dziś znane jest w okolicy z kilku lokalnych instytucji edukacyjnych, w tym Acegeretolim Girls Primary School otrzymującej wsparcie rządowe. Równolegle do misji kombonianów w Karamoja rozwijała się edukacja prowadzona przez Biblijne Towarzystwo Misyjne, związane z brytyjską administracją kolonialną. Na początku lat dwutysięcznych misję w Karamoja, w dystrykcie Moroto, założyli natomiast ojcowie biali. W tym czasie był to rejon nieustających walk o bydło. – Kiedyś było tu wiele broni. Ludzie tracili życie w tych wojnach, zwłaszcza młodzi, zwani wojownikami. Mieli około piętnastu lat. Wiele kobiet straciło synów i mężów – wspomina Josaphat.

fot. Krzysztof Błażyca
fot. Krzysztof Błażyca

Ojcowie biali zainicjowali w tym okresie program Happy Cow, aby zredukować napięcie wywołane walką o stada. Do dziś „Szczęśliwa Krowa” prowadzona jest przez lokalną Caritas. W 2008 r. rząd wprowadził program rozbrojenia Karimojongo. Najpierw apelowano do ludzi, aby sami złożyli broń, z czasem zaczęły się kontrole. – Żołnierze przeszukiwali domy. Czasem ludzie byli torturowani. Niektórzy może wciąż ją chowają. Dziś karą za posiadane broni jest więzienie – dodaje Josaphat.

Aberu nie mają praw

Struktura społeczna Karimojongo opiera się na klanach. Nie ma tu króla lub najwyższego chiefa, jak w innych tradycyjnych społecznościach Ugandy. Sprawy klanowe reguluje starszyzna. Każde pokolenie ma swojego przedstawiciela. Małżeństwo w ramach jednego klanu jest niedopuszczalne. Edukacja, zdrowie, sanitariaty – to wyzwania. Obecnie podnoszone są też prawa kobiet i ochrona dzieci. Karimojongo wciąż praktykują przymusowe małżeństwa dziewcząt z dużo starszymi mężczyznami. – Kiedyś jechaliśmy do Moroto, dobiegły nas krzyki dziewczyny. Jakiś mężczyzna, na oko 50-letni, ciągnął ją po ziemi, ona może miała 15 lat. Bił ją kijem, dusił, na jej głowie widoczna byłą krew. Zmusił ją do małżeństwa. Powiedziałem temu mężczyźnie, że zgłoszę go na policję. Choć czasem i lokalna policja nie widzi nic złego w tych zwyczajach – przyznaje Josaphat.

fot. Krzysztof Błażyca
Dostęp do wody na terenach Karamoja jest bardzo utrudniony/fot. Krzysztof Błażyca

Pytam o egzekowanie prawa w takich przypadkach. – Prawo w Karamodża? Oni rządzą się własnymi prawami. Aberu, czyli kobiety, w zasadzie nie mają praw. Mają robić to, co każe im mężczyzna. Ślub tu nie jest z wyboru, lecz z przymusu. To forma transakcji. Dziewczynki mają około jedenaście, dwanaście lat, gdy są wydawane za mąż. Rząd reaguje, ale za wolno – dodaje Josaphat.

Pocieszenie

Karimojongo to pierwsze pokolenie chrześcijan. W większości to kobiety i dziewczęta. Mężczyźni stanowią niewielki procent, bo tradycyjnie dominuje tu poligamia. – Wiesz, te dylematy wielożeństwa. Nasza misja w Tapac zaczęła się w 2010 roku, wcześniej mieliśmy tylko kaplicę dojazdową. W 2008 było ok. 600 chrześcijan na całym terenie zamieszkałym przez milion Karimojongo. Teraz jest więcej. Ale to raczej kobiety. Wiele z nich znajduje pocieszenie w kościołach.

fot. Krzysztof Błażyca
Dziewczęta Karimojongo wcześnie zostają matkami. Na zdjęciu młoda mama z Tapac/fot. Krzysztof Błażyca

Jak dodaje Josaphat, mężczyzn to „nie obchodzi”. – Ale przynajmniej udaje się tu pracować na rzecz poprawy życia. Jest szpital, są studnie, programy pomocy. Ludzie to doceniają, zwłaszcza, gdy pojawia się głód. Kupujemy wtedy jedzenie, by dać je ludziom.

Ofiara z człowieka

Z młodymi pasterzami piję kwete, lokalne piwo. Co jakiś czas do wiadra z zawiesiną dolewają gorącej wody. Opowiadają o swojej kulturze, zwyczajach, tradycyjnych wierzeniach, które choć już mniej obecne, to jednak wciąż praktykowane. Przyznają, że długi czas problemem była broń. Pamiętają te dni. Czasem chodziło o ochronę, a czasem o zemstę. Gdy „tamci” zabierali zwierzęta, to oni odpowiadali. Pytam też o czary. – Tak – odpowiadają. Lecznicze, ale nie „czarna magia”. Choć czasem, gdy nie ma deszczu, czarownicy składają ofiarę. Zwierzę. Albo człowieka. – To sposób, w jaki tu się rozumuje – powiedzą. Reakcja policji? – Oni nawet nie wiedzą. To tajne. Tajne zgromadzenia. Gdy nie jesteś blisko, to nigdy się nie dowiesz – odpowiadają.

fot. Krzysztof Błażyca
Policjant z rejonu Tapac, w którym misję prowadzą ojcowie biali/fot. Krzysztof Błażyca

Boga nazywają Akujù. Są i bogowie rzeczy dobrych – Nibara, i rzeczy złych – Nipian. Cmentarz? Mają tylko chrześcijanie. Choć i oni wynoszą ciała do buszu. – Stary człowiek czy dziecko, ciało i jednego, i drugiego wynoszą do buszu, dla zwierząt. To ten teren – pokazuje Josaphat, gdy mijamy skalisty zakret. – A gdy wracasz, aby pochować, to czasem nie ma już czego chować. Ciała już sie rozłożyły albo zostały rozszarpane. Hieny lub lamparty. Lwy tutaj rzadko.

>>>Tekst pochodzi z „Misyjnych Dróg”. Zamów prenumeratę<<<

Nad doliną zapada noc. Wracamy do do manyaty, zagrody, gdzie ludzie dzielą wspólną przestrzeń ze swymi stadami. Kładę się spać w tradycyjnej chacie. Z zewnątrz do samego rana dobiegają mnie zaśpiewy wojowników. Śpiewają o tym, co dla nich najecenniejsze – o krowach, za które jeszcze niedawno licznie byli gotowi zabijać i ginąć.

fot. Krzysztof Błażyca
Tradycyjna manyata, zbudowana z drewna, błota i trawy. Ogrodzenie wokół niej chroni mieszkańców oraz bydło przed drapieżnikami/fot. Krzysztof Błażyca
Google News
Bądź na bieżąco z Misyjne.pl!

Obserwuj misyjne.pl w Google News. Dodaj nas do ulubionych, aby nie przegapić najważniejszych treści z kraju i ze świata.

Czytałeś? Wesprzyj nas!

Działamy także dzięki Waszej pomocy. Wesprzyj działalność ewangelizacyjną naszej redakcji!

Zobacz także
Wasze komentarze