Fot. archiwum Aliança de Misericórdia

Miejsca, o których ludzie chcieliby zapomnieć [MISYJNE DROGI]

Szukają dzieci ulicy wśród gangów i karteli narkotykowych. Szukają osób, które się prostytuują, wygrzebują śmieci, które mogą sprzedać za drobne pieniądze, aby przeżyć. Wchodzą do slumsów, faveli, do dzielnic biedy. Nie chodzi im tylko o to, by dać tym ludziom jedzenie, czystą wodę czy ubranie. Chcą im powiedzieć, że chociaż inni może chcieliby o nich zapomnieć, to Bóg o nich nie zapomniał.

Slumsy, brazylijskie favele czy po prostu dzielnice biedy. To często bardzo duże, nawet kilkumilionowe osiedla, w których ludzie żyją w skrajnym ubóstwie. Często bez dostępu do czystej wody, kanalizacji i prądu – ponieważ te osiedla istnieją nielegalnie. Zazwyczaj powstają na obrzeżach wielkich miast. Tak jest i w Ameryce Południowej, i w Afryce, i w Azji.

Mozambik. Ocalić Marię Magdalenę

W Mozambiku żyją ludzie dobrze usytuowani, ale także i ci, którzy przez kilka dni nic nie jedzą. – W Mozambiku jest duże bezrobocie. Kobiety próbują zarabiać, piorąc komuś ubrania, gotując i próbując potem sprzedać jedzenie przy drodze. Problemem jest prostytucja, ponieważ ubogie kobiety czasami nie widzą innego sposobu na zarobienie pieniędzy. I realnie często rzeczywiście tak jest. Poznałam Annę, która ma 24 lata, jest matką pięcioletniej córki. Wyprowadziła się od rodziny, która nie wie, w jaki sposób Anna zarabia na życie. Ona nie chce być ciężarem dla rodziców. Kiedy nie ma innej pracy, to wraca do zarabiania na ulicy – opowiada Wiktoria Chodzyńska, misjonarka Przymierza Miłosierdzia. Przymierze Miłosierdzia prowadzi projekt „Maria Magdalena”, w którym pomagają kobietom w znalezieniu innej pracy, ale przede wszystkim chcą z nimi pobyć, posłuchać ich, przyjąć jako wartościowe osoby. To bardzo ważne, ponieważ są to osoby często odrzucone przez społeczeństwo, cierpią także i z tego powodu.

fot. ARCHIWUM WIKTORII CHODZYŃSKIEJ

– Dla mnie najbardziej niesamowite jest to, że Bóg bez względu na to, w jakiej sytuacji materialnej czy życiowej jesteśmy, w taki sam sposób dotyka każdego z nas. I ja, i ta kobieta jesteśmy ukochane przez Boga tak samo. Byłyśmy z dwóch totalnie różnych rzeczywistości, a kiedy się razem modliłyśmy – to nasze serca były złączone w jednym pragnieniu. To było dla mnie niesamowite doświadczenie – mówi Wiktoria.

Kenia. Zasiać bieganie i różaniec

Nairobi to stolica Kenii, miejsce pełne skrajności. W oczy rzuca się i bogactwo, i ubóstwo. Wysokie budynki przeplatają się z ulicami, na których żyją ludzie pozbawieni nawet domu. Bosco Boys Home Langata to salezjańska placówka, znajdująca się na obrzeżach miasta. Pomoc znajdują w niej dzieci ulicy. Rafał Rettig z Salezjańskiego Wolontariatu Misyjnego podczas swojego pobytu w Kenii miał pod opieką grupę około 20 chłopaków, z którymi przebywał 24 godziny na dobę, siedem dni w tygodniu. – Ludzie, których udało mi się poznać żyją ubogo. Rodziny są często wielodzietne, a rodzice nie mają możliwości, by każdemu dziecku zapewnić godne warunki życia – opowiada. Ale na ulicę trafiają także dzieci, którymi rodzice nie mogą się zająć w powodu innych problemów. – Pomagaliśmy w zasadzie w najprostszy sposób, na przykład przy krojeniu warzyw, myciu zębów, przy porządkach. Nam te rzeczy wydają się oczywiste, ale ci chłopcy nie byli tego nigdy wcześniej nauczeni i nie zawsze byli do tego chętni – mówi Rafał Rettig.

fot. ARCHIWUM RAFAŁA RETTIGA

– Interesuję się bieganiem i wiedziałem, że także to będę mógł dać tym chłopakom, bo przecież Kenia kojarzy nam się z doskonałymi biegaczami. Codziennie po południu mieliśmy oratorium, jak to nazywają salezjanie, czyli po prostu czas wspólny, spędzany z dziećmi. Po miesiącu wpadłem na pomysł, że będę angażował ich w moją pasję. Po powrocie do Polski planowałem start w maratonie, więc kiedy oni grali w piłkę, to ja biegałem wokół boiska i czasami do mnie po prostu dołączali. Najciekawsze były momenty, kiedy mali chłopcy, mający 9 czy 10 lat, biegali ze mną, na chwilę odchodzili odpocząć i znów wracali, by biec dalej. To jest niesamowite, że Bóg pozwolił mi dzielić się swoim talentem i pasją z nimi. Wierzę, że to zasiane ziarno kiedyś wykiełkuje i wyjdą z tego dobre owoce na dorosłe życie – mówi salezjański wolontariusz. Opowiada także o tym, że wyjazd na misje wiążą się z trudnościami, czasami zwłaszcza z poczuciem samotności. Odkrył, że lekarstwem na to jest po prostu uśmiech do drugiego człowieka i modlitwa, różaniec. – Codziennie w placówce mieliśmy różaniec, mszę świętą, spowiedź i za to mam ogromną wdzięczność do Boga. Kiedy Jezusa wybiera się za przewodnika, wtedy można spokojnie wyruszać – mówi Rafał Rettig.

Brazylia. Jej ciało zjadały szczury

W faveli Senador Camara w Rio de Janerio misjonarze zdecydowali się na zamieszkanie w takich samych warunkach, w jakich żyją miejscowi. Zbudowali dom ze sklejki, który nazwali „Dom Betlejem”, aby móc dzielić i odczuwać w jakimś stopniu cierpienie tych ludzi. Większość dzieci z faveli nie chodzi do szkoły i spędza cały dzień na ulicach. Nawet małe dzieci biegają boso, robiąc zabawki ze śmieci. Przymierze Miłosierdzia wewnątrz faveli zbudowało przedszkole. Do faveli nie wjeżdża żadna karetka. Kiedy ktoś umiera, czasami chowany jest na terenie faveli lub zostawia się go przy torach kolejowych, bo nie ma co zrobić z ciałem.

Fot. archiwum Aliança de Misericórdia

– Maria była mamą dzieci z naszego przedszkola. Była uzależniona od cracku, rodzaju kokainy. Miała trójkę dzieci. Najmłodsze miało rok, a kolejne trzy i pięć lat. Mieszkała w bardzo małym domu, w którym w zasadzie mieściło się tylko łóżko, na którym spała razem ze swoimi dziećmi. Kobieta zmarła z przedawkowania. Matka znalazła ją martwą w łóżku, obok spały jej dzieci, najmłodsze znajdowało się przy piersi zmarłej matki. Babcia zabrała dzieci, a brat kobiety zadzwonił do służby publicznej, prosząc, by zabrali zmarłą. Niestety, nikt nie chciał przyjechać do faveli. Kiedy przyszłam rano, aby otworzyć przedszkole, zdesperowana babcia prosiła o pomoc w zabraniu zwłok swojej zmarłej córki. Kiedy weszłam do ich domu, zobaczyłam martwą, młodą kobietę w łóżku, a jej brat kijem odganiał szczury, które zaczęły ją zjadać. Byłam w szoku, ale zadzwoniłam do znajomego prawnika, który znalazł kogoś, kto mógłby przyjechać po ciało tej młodej kobiety – opowiada Livia, misjonarka Przymierza Miłosierdzia z Brazylii.

Chile. Nasza przyjaźń była momentem wytchnienia

Rozwarstwienie społeczne to problem z którym zmaga się Chile. Dwie grupy społeczne chodzą do różnych szkół, mieszkają w innych dzielnicach, chodzą do różnych sklepów, jeżdżą innymi środkami komunikacji. Bogaci mają ogromne domy, własnych ogrodników, sprzątaczki i ogromne telewizory – to symbol luksusu. Biedni mieszkają w domach z dykty i blachy falistej, nie mają okien, żeby się ogrzać lub coś ugotować, rozpalają małe ogniska wewnątrz domu. To powoduje wiele napięć i nienawiści. – Wielkim problemem są też niepełne rodziny. Wśród najuboższych najczęstszym modelem rodziny była babcia opiekująca się gromadką wnucząt. Matki były na odwykach alkoholowych lub narkotykowych, ojcowie w więzieniu lub zwyczajnie nie przyznawali się do swoich dzieci – mówi Rafał Bilicki, wolontariusz Domów Serca w Chile.

fot. ARCHIWUM RAFAŁA BILICKIEGO

Misja polega przede wszystkim na tym, by dostrzec ubogich, zbudować relację przyjaźni, pokazać im, że są kochani. – Chcieliśmy ich dostrzec. Bo największym cierpieniem ludzi nie jest ich bieda, lecz samotność. Wbrew pozorom dzielnice biedy, choć jest w nich wiele cierpienia, nie są smutnymi miejscami. Żyjący w nich ludzie mają w sobie wielkie pokłady radości. Pamiętam don Luisa. Miał około 50 lat i był naszym sąsiadem w dzielnicy biedy. Był alkoholikiem, często bywał bezdomny. Łączyła nas trudna przyjaźń, ale on zawsze wracał do nas, by z nami porozmawiać, pobyć. A my zawsze staraliśmy się go przyjąć, niezależnie od tego, co mówił, co robił dzień wcześniej. Nasza obecność była dla niego momentem wytchnienia. Nikt go nie oceniał, nie poniżał, przy nas nie musiał się wstydzić. W jakimś stopniu ta chwila pomagała mu iść dalej i przeżyć kolejny dzień – opowiada Rafał Bilicki.

>>>Tekst pochodzi z „Misyjnych Dróg”. Zamów prenumeratę<<<

Każdy człowiek tęskni za tym, żeby być przyjętym, docenionym, wartościowym. Bieda i nierówności społeczne, które wynikają z sytuacji politycznej i uwarunkowań historycznych, sprawiają, że wiele osób jest poniekąd skazanych na życie w slumsach, favelach i dzielnicach biedy. Misjonarze jadą do nich, by pokazać im, że niezależnie od tego, w jakich okolicznościach życia się znaleźli, to jest Ktoś, kto zawsze ich przyjmuje i dla Kogo są wartością. Bóg nie zapomina o tych, o których inni ludzie chcą zapomnieć.

Google News
Bądź na bieżąco z Misyjne.pl!

Obserwuj misyjne.pl w Google News. Dodaj nas do ulubionych, aby nie przegapić najważniejszych treści z kraju i ze świata.

Czytałeś? Wesprzyj nas!

Działamy także dzięki Waszej pomocy. Wesprzyj działalność ewangelizacyjną naszej redakcji!

Zobacz także
Wasze komentarze