fot. Facebook/Łukasz Więcław

W Urugwaju mieszkał w bibliotece tamtejszego proboszcza. Dzisiaj sam jest proboszczem. W Ekwadorze [ROZMOWA]

8 min. zajmie Ci przeczytanie tego artykułu.

Ks. Łukasz Więcław był wikariuszem w mojej rodzinnej parafii pw. św. Marcina w Odolanowie. Bardzo lubiłam uczestniczyć w mszach świętych, które odprawiał i do dzisiaj pamiętam, gdy na wielkanocne kazanie przyniósł czekoladowe zające, by lepiej je zilustrować dzieciom. Właśnie tak go zapamiętałam – jako uśmiechniętego i potrafiącego dotrzeć ze słowem Bożym do parafian w różnym wieku. I do dzisiaj pamiętam też swoje zdziwienie, gdy na zakończenie jednej z mszy proboszcz oznajmił, że ks. Łukasz wyjeżdża na misje.  

Karolina Binek (misyjne.pl): Jak zaczęła się księdza historia z kapłaństwem? 

Ks. Łukasz Więcław: Nic nadzwyczajnego… Zawsze byłem blisko Kościoła, byłem długo ministrantem, i tak powoli wszystko się układało w tym kierunku. Mogę tylko dopowiedzieć, że na początku to miał być zakon kapucynów, ale skończyło się w seminarium diecezjalnym. Nic nadzwyczajnego, po prostu zwykłe powołanie. 

Co kierowało księdzem, że zdecydował się ksiądz wyjechać? Czy sam wybrał ksiądz miejsce swojej misji? 

O misjach tak na poważnie zacząłem myśleć na szóstym roku seminarium. Wcześniej jakieś „pokusy” przychodziły, ale to pod koniec seminarium byłem prawie zdecydowany na wyjazd. Mówię: prawie, bo przecież na misje wyjechałem po sześciu latach kapłaństwa w Polsce. No, ale to tak musi być, powoli, przecież mamy dużo czasu i lepiej dobrze przemyśleć swoje decyzje. A co mną kierowało? Chęć pracy w innym miejscu, ewangelizacji w innym kraju. Także chęć doświadczenia Kościoła na kontynencie, który tak bardzo różni się od naszego. No i w końcu jest to też powołanie w powołaniu”, a więc działa Duch Święty… A że działa, przekonałem się wiele razy na misjach. Ja wybrałem sobie miejsce, chciałem do Meksyku, a wylądowałem ostatecznie w Urugwaju, a teraz jestem już w Ekwadorze. 

>>> Ekwador: polskie zakonnice stworzyły wyjątkowy dom dla ubogich dzieci

Jak wyglądały przygotowania do wyjazdu? 

Przygotowania to przede wszystkim rok przeżyty w Centrum Formacji Misyjnej w Warszawie, gdzie miałem intensywny kurs językowy, a także wykłady, które przybliżają choć trochę rzeczywistość danego kontynentu czy nawet kraju misyjnego. I to jest formacja intelektualna, której zawsze towarzyszy formacja duchowa.

fot. Facebook/Łukasz Więcław

Z pewnością wiele rzeczy bardzo księdza zaskoczyło po przyjeździe do Urugwaju. A co najbardziej? 

Urugwaj był moim pierwszym krajem misyjnym, a więc wszystko mnie zaskakiwało. Nigdy wcześniej nie byłem w Ameryce Południowej, więc wszystko było dla mnie nowe. Chyba z takich rzeczy przyziemnych zaskoczyła mnie brudna stolica tego kraju i ludzie, którzy rzucają śmieci gdziekolwiek. A nikt na to nie zwraca uwagi (a potem się przekonałem, że tak jest w całej Ameryce). A druga sprawa to Kościół urugwajski – prawie nie istnieje.  To najbardziej ateistyczny kraj Ameryki Południowej. Urugwaj jest specyficzny pod tym względem – wiara została tutaj mocno zniszczona przez kolejne rządy lewicowe. 

Był ksiądz w Urugwaju, teraz jest w Ekwadorze. Jakie różnice zauważa ksiądz między misjami w tych krajach? 

No właśnie to jest ta różnica: Ekwadorczycy, mimo iż nie praktykują za bardzo (ale o wiele bardziej niż Urugwajczycy), to jednak mają w sercu wiarę. I to się wyraża przede wszystkim w ich pobożności, tzw. ludowej – oni bardzo lubią procesje, odpusty, nabożeństwa do świętych… A Urugwajczyk nie zna tego i raczej się tego nie praktykuje w Urugwaju (jedynie starsze osoby jeszcze pamiętają co nieco z tych nabożeństw). 

>>> „Nie” dla aborcji w Ekwadorze. Maryja z Jasnej Góry wymodliła cud! [NAGRANIE]

Od czego zaczął ksiądz posługę w Urugwaju, a od czego w Ekwadorze? 

Mój początek w Urugwaju był dość trudny. Z jednej strony przez całą tę nową sytuację, a z drugiej strony przez to, że byłem wysłany na parafię, gdzie było dwóch księży Urugwajczyków i tak naprawdę męczyłem się tam przez miesiąc, mieszkając w bibliotece proboszcza, aż mnie wysłali na inną parafię, gdzie byłem wikariuszem. To była jedna z biedniejszych dzielnic Montevideo, ale przynajmniej wiedziałem, co robić i tak zacząłem poznawać Urugwaj. Potem z kolei wysłano mnie do najbogatszej parafii w Urugwaju  i na nowo zacząłem poznawać całkiem inną rzeczywistość. Natomiast w Ekwadorze (mimo iż to kraj zupełnie inny niż Urugwaj), jest już znacznie lepiej i łatwiej. Zacząłem od remontu, żeby móc zamieszkać na parafii. I jak już zrobiłem swój pokój i łazienkę, to się przeprowadziłem. Wtedy zaczęła się poważna praca duszpasterska, bo byłem na miejscu i mogłem poznawać moich parafian i całą parafię. 

fot. Facebook/Łukasz Więcław

Odczuwał ksiądz jakieś obawy podczas pierwszych dni misji? 

Oczywiście, że tak… Zawsze pojawiają się jakieś obawy. Na początku to chyba przez barierę językową. Centrum Formacji Misyjnej robi kurs językowy, no ale mnie to nie wystarczyło. A po drugie, każdy kraj Ameryki Południowej ma swój hiszpański. Wiele rzeczy się różni. To samo dotyczy kultury, obyczajów, historii itp. W związku z tymi „trudnościami” pojawiały się pytania typu: czy podołam temu? Czy „przestawię się” na tę czy inną kulturę? 

Jak przyjęli księdza miejscowi ludzie w Urugwaju, a jak w Ekwadorze? 

Zarówno w Urugwaju jak i w Ekwadorze zostałem przyjęty bardzo serdecznie, Latynosi są gościnni, więc z tym nie było żadnego problemu. Ale jednak Ekwador, jeśli chodzi o przyjęcie księdza, góruje nad Urugwajem. 

Szybko pokochał ksiądz swoich parafian? Jak wygląda współpraca z nimi? 

Latynosi raczej dają się pokochać, więc myślę że zarówno w Urugwaju, jak i teraz w Ekwadorze, relacje z parafianami były i są bardzo serdeczne, zwłaszcza jeśli jest się dłuższy czas na jakiejś parafii. Ale jednak w obu krajach potrzebny był czas do tego, by zbudować dobre relacje, potrzebny był czas, żeby się poznać bardziej. I wtedy  praca jest łatwiejsza. Jednak współpraca z Latynosami nie zawsze jest łatwa, to jest całkiem inna kultura – ciągłe spóźnianie się na wszystko, albo po prostu nieprzychodzenie na umówione spotkanie bez zawiadomienia. To tylko niektóre „zwyczaje”, dla nas często trudne do zaakceptowania. 

Jak wygląda teraz księdza dzień na misjach? Jakie są księdza obowiązki? 

Teraz, tak samo jak wy w Polsce, mamy epidemię koronawirusa, więc moje obowiązki się skurczyły. Ale w normalnych warunkach to mam co robić. Jestem proboszczem dwóch parafii: Noboa i Sixto Duran Ballen, które w zasadzie tworzą jedną wspólnotę, ale są oddalone od siebie o ok. godzinę jazdy samochodem. Ale to nie koniec, bo oprócz tego na terenie tych dwóch parafii mam 42 wioski z kaplicami, które odwiedzam każdego miesiąca przynajmniej jeden raz. Tak więc przez cały miesiąc, oprócz mszy parafialnych, objeżdżam wszystkie te kaplice, żeby odprawić przynajmniej raz w miesiącu mszę świętą. Latem mogę dojechać wszędzie autem, ale zimą zaczyna się prawdziwe wyzwanie. Zima to w Ekwadorze pora deszczowa, dróg asfaltowych do tych wiosek nie ma, więc trzeba maszerować, czasami godzinę w jedną stronę. Czasami też wioska wysyła swojego przedstawiciela z koniem, mułem lub osłemi tak się podróżuje do wioski. Oprócz tego katecheza w parafii i zwykłe proboszczowskie obowiązki – także praca fizyczna, żeby ta parafia jakoś wyglądała, bo Latynosi to bałaganiarze. 

>>> Ekwador: wierni modlą się przed ikoną MB Częstochowskiej

Co stanowi najbardziej bolesne doświadczeniem podczas przebywania na misjach? 

To jest trudne pytanie, bo żeby na nie odpowiedzieć musiałbym mówić o rzeczach, które są raczej tylko dla mnie. Zresztą, próbuję sobie coś przypomnieć z Urugwaju i nie mogę, ale z pewnością były takie sytuacje, które zabolały. Natomiast tutaj w Ekwadorze to na pewno na początku, kiedy zacząłem porządkować parafię (a była strasznie zaniedbana), kiedy zacząłem wyrzucać rzeczy, które już nie służyły do niczego i zacząłem też rozdawać dużo niepotrzebnych, starych gratów, a osoby, które były bardzo blisko parafii wysłały list do biskupa, oskarżając mnie o trwonienie dóbr parafialnych. Tak, to mnie zabolało. Na szczęście te osoby już zmieniły zdanie… 

Na księdza Facebooku można znaleźć dużo zdjęć tamtejszego jedzenia. A co najbardziej księdzu smakuje? 

Dużo zdjęć z jedzeniem, bo bardzo lubię próbować nowych rzeczy, nawet jeśli się ich brzydzę 
(a to się zdarza), to staram się zawsze spróbować, po prostu żeby wiedzieć jak smakują
W Urugwaju najbardziej smakowało mi mięso wołowe, nie ma lepszego mięsa na świecie – urugwajskie mięso jest pyszne, tak jak argentyńskie. Natomiast tutaj w Ekwadorze najbardziej smakują mi zupy, może dlatego, że Urugwajczycy nie robią i też nie umieją gotować zup, więc tam raczej ich nie jadałem. A przecież w Polsce jesteśmy przyzwyczajeni do zup, więc mi tego brakowało. 

fot. Facebook/Łukasz Więcław

A jaka jest księdza osobista misja na misjach? 

Rozumiem, że chodzi o tę, która dotyczy mnie samego? Jest bardzo prosta: uświęcić się, tzn. poprzez pracę dla tych ludzi, których Pan Bóg mi dał, poprzez ewangelizację, zbliżać się do Boga każdego dnia, małymi krokami, ale zbliżać się… I ta misja jest skierowana także do moich parafian, bo jeśli ja będę się zbliżał do Boga, to oni też.   

Jakim przesłaniem/wnioskami z misji mógłby ksiądz podzielić się z naszymi czytelnikami? 

Chyba tym, że nawet gdy nie widać owoców naszej pracy, nawet jeśli wydaje się, że nic się nie zmienia, to jednak się zmienia. Warto małymi kroczkami iść do przodu, bez poddawania się. Miałem wiele razy takie doświadczenia, że wydawało się, iż moja praca poszła na nic, 
a potem okazało się, że jest odwrotnie… To, czego my nie potrafimy zrobić, jeśli jest to zgodne z wolą Bożą, to On to dokończy. 

Zobacz także
Wasze komentarze