pexels

Czy czasy pandemii zmienią wzorce zapraszania się do domów? Odpowiada antropolog kultury

3 min. zajmie Ci przeczytanie tego artykułu.

W czasie pandemii mamy ograniczoną możliwość odwiedzania znajomych w domach, ale i spotykania się z nimi w przestrzeni publicznej. O różnice w podejściu do tego, czym jest dom i do zapraszania do niego gości PAP zapytała antropologa kultury prof. Wojciecha Bursztę z Uniwersytetu SWPS.

Naukowiec zwraca uwagę, że dla starszych pokoleń zapraszanie się do domów było czymś oczywistym. – Imieniny, święta, uroczystości rodzinne, odwiedziny w dni wolne od pracy… To wszystko były imprezy domowe – wymienia. Przypomina, że czasy PRL-u były czasami kultury niedoboru, stąd dom był wtedy niezwykle istotnym miejscem. – Knajp było wtedy znacznie mniej, a alkohol mógł się tam skończyć w każdej chwili. Tymczasem w domu, kiedy zapraszało się gości, był wszystkiego nadmiar, nie mogło niczego zabraknąć. Siedziało się do oporu, jadło i piło, nie oglądając się na zewnętrzny przaśny świat – opowiada. Dodaje, że nie było też wtedy tak sporych różnic w tym, jak wyglądały mieszkania: umeblowanie nie zaskakiwało, wystrój wnętrz czy liczba sprzętów były przewidywalne, a dostępnych rozrywek było mniej. – Dospołeczność, otwarcie się na innych było wtedy oczywiste – opowiada. I dodaje: „Tego świata już nie ma”.

>>> Dom. Bezpieczna twierdza czy więzienie samotności?

fot. unsplash

Jego zdaniem pokolenie milenialsów (to osoby urodzone w latach 80. i 90. XX wieku), które nie pamięta już tych czasów niedoboru, wyszło z domu. Te osoby chętniej niż ich rodzice spotykają się w knajpach, kawiarniach czy przestrzeni miast. – A dom to ich „macica”. To przestrzeń, do której niechętnie się zaprasza. To świat intymny, zazdrośnie strzeżony – mówi.

Według naukowca w przestrzeni miejskiej pokolenie to czuje się o tyle dobrze, że „każdy może czuć się jak u siebie, a jednocześnie jest zwolniony z konieczności, aby się przejmować, czy wszystko dobrze wypadnie”.

– Pokolenie milenialsów jest bardzo zróżnicowane, w większości jednak dysponuje małymi mieszkaniami. A jak ktoś ma kawalerkę czy pokój, to niekoniecznie jest to przestrzeń, którą chce się wypełniać jeszcze gośćmi – mówi. Jak ocenia, to podejście może się zmieniać u osób, które dorobią się większych mieszkań, z których będą dumne. – Nie wykluczam, że wtedy wśród milenialsów modne stanie się prezentowanie swojego mieszkania, domu, pokazywanie swojego awansu społecznego. Tak dzieje się w społeczeństwach burżuazyjnych takich jak francuskie czy amerykańskie, gdzie dom jest istotnym wyznacznikiem statusu – mówi.

>>> Maria Górczyńska: z rodziną dobrze wychodzi się na zdjęciu i… #zostajewdomu

Tymczasem przestrzeń miasta, kluby, parki czy bulwary, gdzie ludzie z młodszych pokoleń się spotykają, to miejsca gdzie każdy ma równy status. – Wszyscy czują się jednakowo – nie są do niczego zobligowani, niczego nie muszą pokazywać, niczego nie muszą się wstydzić – opowiada.

Fot. pixabay

Prof. Wojciech Burszta jest bardzo ciekaw, czy czasy pandemii zmienią coś we wzorcach zapraszania się do domów. – Myślę, że ograniczenia jeszcze trochę potrwają. Ale czy kiedy będziemy już żyć w miarę bezpiecznym świecie, będzie tendencja do tego, żeby częściej się odwiedzać? – zastanawia się. Może wręcz ludzie – niezależnie, z którego pokolenia – będą spragnieni gości w swoim domu.

– A kiedy już ich zaproszą, będą im mogli powiedzieć: „Patrz, tutaj spędziłem sam ze swoim psem te wszystkie miesiące izolacji. To był nasz wybieg w czasach pandemii” – mówi prof. Burszta.

Antropolog ma nadzieję, że ten czas sprawi, że w młodszych pokoleniach kontakty z innymi się „udomowią”. – A to udomowienie będzie wynikało z potrzeby bliższego kontaktu z większym gronem ludzi. Teraz zaś przecież żyjemy w świecie, kiedy taki kontakt jest kompletnie niemożliwy – mówi naukowiec.

>>> RAZEM: medycy, policjanci, strażacy, artyści w jednym teledysku [WIDEO]

Zobacz także
Wasze komentarze