fot. EPA/Robin van Lonkhuijsen

Recepta na jesień [FELIETON] 

Czy chwilę przed czterdziestką można sięgać po powieści określane jako „młodzieżowe”? Oczywiście, że tak. Ja sięgnąłem po „Jeżycjadę”. W kilka miesięcy przeczytałem wszystkie tomy. I jeśli jeszcze nie czytaliście powieści Małgorzaty Musierowicz – to właśnie teraz jest ku temu idealna okazja. 

Gdzieś w czasach szkolnych, najpewniej w gimnazjum, czytaliśmy w szkole jeden z tomów „Jeżycjady” Małgorzaty Musierowicz. Pewności nie mam – ale był to chyba „Kwiat kalafiora”. Młodzieżowa powieść, której akcja rozgrywa się w moim mieście rodzinnym – to powinno mnie zainteresować. Tymczasem – męczyłem się podczas tej lektury, ostatecznie przebrnąłem przez całość – choć łatwo nie było. Przeczytałem, bo musiałem. Ale na tym jednym tomie skończyłem wtedy przygodę z powieściami Małgorzaty Musierowicz. „To nie dla mnie” – pomyślałem. Potrzeba było ponad 20 lat, bym z ciekawości raz jeszcze sięgnął po „Jeżycjadę”. Gdzieś wiosną stwierdziłem, że przemęczę jeden tom i utwierdzę się dzięki temu w przekonaniu, że „to nie dla mnie”. Przeczytałem i… przepadłem. Jako 39-letni facet zakochałem się w powieściach Małgorzaty Musierowicz. 

>>> „Tartuffe”, czyli Molier wciąż jest aktualny [RECENZJA] 

Mural Jeżycjada Poznań, fot. PAP/Jakub Kaczmarczyk

Jesień za oknami 

Piszę o tym dziś, gdy za oknem, szaro, buro i nieprzyjemnie. Ciągle pada, jest zimno, a z dnia na dzień robi się coraz ciemniej. Jeszcze chwila i nadejdzie pora roku, którą określamy jako „idę do pracy – jeszcze jest ciemno, wychodzę z pracy – już jest ciemno”. Pewnie są i tacy, którzy lubią ten czas i odżywają jesienią i zimą. Całą resztę jednak, w tym piszącego te słowa, nadchodzące (i już trwające) miesiące nie napawają optymizmem. To czas, który trzeba jakoś przeżyć – z nadzieją, że przyjdzie wiosna i znów będzie cieplej, słoneczniej i bardziej zielono. Trzeba nam znaleźć pewne utulacze (neologizm, ale jakże przydatny), które pomogą przetrwać ten czas. Ciepły koc, grube skarpety, dobry film czy serial, kubek gorącego kakao lub mleka z miodem, imbirem i szczyptą cynamonu. Może też coś dobrego do jedzenia (jakieś comfort food typu naleśniki czy pizza) i jakieś świeczki. Niektórzy pewnie powiedzą, że to zestaw typowy dla tzw. jesieniary czy jesieniarza. Dla mnie to jednak zestaw kojarzący się z przetrwaniem – żeby w tych ponurych miesiącach było choć trochę milej. To więc utulacze – które mają nas utulić, dać trochę ciepła, ukoić w bólu przeżywania jesieni. Nie wymieniłem jeszcze jednej rzeczy – czyli książek. Bo to dobra lektura może być właśnie tym, dzięki czemu jakoś szybciej przeminie ta niezbyt pozytywna pora roku. Dobra książka może pomóc przetrwać długie, jesienno-zimowe wieczory. Myśląc o książkach, po które warto teraz sięgnąć, pomyślałem właśnie o „Jeżycjadzie” Małgorzaty Musierowicz. Dla mnie jej książki to wręcz idealne utulacze. 

Lektura kojąca 

Tak się złożyło, że ja akurat „Jeżycjadę” czytałem od wiosny, przez lato, aż po początek jesieni. Kilka dni temu skończyłem ostatni tom. Seria ta towarzyszyła mi więc w tej pogodnej części roku. Za szybko, by sięgać po nią ponownie, więc ja akurat nie skorzystam jesienią i zimą z kojących właściwości „Jeżycjady”. A zapewniam, że ta lektura tak właśnie na mnie działała! Niemniej, tym, którzy szukają sposobów na ten czas – chcę zalecić właśnie powieści Małgorzaty Musierowicz. Przede wszystkim przez ciepło, które wręcz od nich bije. Niezależnie od pory roku, w której rozgrywa się akcja – książki te są szalenie ciepłe, optymistyczne, pozwalają nam na chwilę zapomnieć o szaro-burej rzeczywistości zaokiennej. Są pełne humoru, radości, jednocześnie też bardzo wciągają. Bo u Borejków wciąż coś się dzieje – w tej rodzinie nie ma nudy. Nawet gdy spodziewamy się, w jakim kierunku rozwinie się akcja (tu nie ma nie wiadomo jakich zwrotów akcji) – to pochłaniamy kolejne strony, bo jesteśmy ciekawi, „co będzie dalej”. Na kartach młodzieżowych powieści Małgorzaty Musierowicz pełne komizmu sceny przeplatają się z bardzo czułymi obrazkami, w których padają słowa najważniejsze, pełne troski i miłości. Od rodziny Borejków możemy się wiele nauczyć – no i na pewno z łatwością polubimy jej członków. Choć pewnie osobiste sympatie mogą rozkładać się różnie – bo bohaterowie Musierowicz są jak my. Mają bardzo różne charaktery i temperamenty – i nie do każdego będzie nam tak samo blisko. Zdradzę, że mój osobisty wybór to Ida, jedna z sióstr Borejko. Przypomina mi bowiem Anię Shirley, jedną z moich ulubionych bohaterek literackich. Zresztą, książki Lucy Maud Montgomery to też dobre utulacze na listopadowość za oknem. I bardzo polubiłem też Józinka, syna Idy. Bardzo zaradnego, pełnego ironii, a jednocześnie tak różnego ode mnie. Może to właśnie tak polubiłem w tym bohaterze? 

>>> Ta wyspa ma różne oblicza [FELIETON] 

Mural Jeżycjada Poznań, fot. PAP/Jakub Kaczmarczyk

Szkoda, że to już koniec…

Kilkukrotnie pisałem, że to powieści młodzieżowe. Tak są często klasyfikowane. Teraz zresztą zamiast młodzieżowe mówi się young adult. Uważam jednak, że to wcale nie są powieści młodzieżowe – a przynajmniej nie tylko takie. Gdy ja byłem młody – zupełnie mi nie podchodziły. Odkryłem te książki w wieku 39 lat, jako człowiek zdecydowanie dorosły. I wiele z nich wyniosłem – wcześniej raczej by mi tyle nie dały. Zasugeruję tezę, że to właśnie dorośli, już bardziej dojrzali czytelnicy mogą z nich najbardziej czerpać. Z wielu powodów, jednym z nich jest na pewno sentyment – ponieważ pierwsze tomy cyklu dzieją się w latach 80. czy 90 – a więc w czasach dzieciństwa pokolenia milenialsów. Dla współczesnych młodych to już historia. Ale jeśli ktoś wtedy dorastał – może trochę przypomnieć sobie lata młodzieńcze. Ale sentyment na pewno nie jest jedynym powodem – zwłaszcza, że te bliższe nam czasowo powieści są równie przyciągające. Zresztą, to wśród najnowszych tomów „Jeżycjady” szukałbym moich ulubionych. Te powieści po prostu wciągają i opowiadają o świecie trochę wyidealizowanym, za którym tęsknimy. Opowiadają się po stronie dobrych wartości, nie zapominając przy okazji o tym, że każdy z nas jest inny, wyjątkowy. Gdy w mediach dominują narracje pełne sensacji, przemocy, gdy wciąż mówi się o tym, jak po świecie rozlewa się zło – Małgorzata Musierowicz pozwala nam na odskocznię. Zatapiając się w losy kolejnych pokoleń rodziny Borejków, przypominamy sobie o tym, co w życiu jest najważniejsze. To historie opowiadające o rodzinie, przyjaźni, zrozumieniu. Człowiek dorosły potrzebuje takich historii, by nie zwariować. Ja na pewno. Dlatego tak mi się dobrze czytało przez kilka miesięcy całą „Jeżycjadę”. I tak bardzo żałuję, że po „Ciotce zgryzotce” nic więcej nie ma. Zaprzyjaźniłem się z tymi bohaterami i jestem zwyczajnie ciekaw, co u nich słychać. Na jesień i panującą już od dłuższego czasu listopadowość polecam właśnie powieści Małgorzaty Musierowicz. Sięgnijcie po nie – to doskonała recepta na te dni. Nie pożałujecie. 

Google News
Bądź na bieżąco z Misyjne.pl!

Obserwuj misyjne.pl w Google News. Dodaj nas do ulubionych, aby nie przegapić najważniejszych treści z kraju i ze świata.

Czytałeś? Wesprzyj nas!

Działamy także dzięki Waszej pomocy. Wesprzyj działalność ewangelizacyjną naszej redakcji!

Zobacz także
Wasze komentarze