fot. unsplash

Hubert Piechocki: tęsknota za prowincją [WARTO PRZECZYTAĆ I ZOBACZYĆ]

6 min. zajmie Ci przeczytanie tego artykułu.

W „Zaginionym kontynencie” Bill Bryson zabiera nas w niezwykle ciekawą podróż po prowincjonalnej Ameryce. Na podobną wyprawę zapraszają nas także twórcy dwóch seriali – „Virgin River” i „Słodkich magnolii”.  Jako dziecko lubiłem śledzić amerykański serial „Domek na prerii”. Wiele lat później nie pamiętam nawet, o czym była ta kultowa dla mojego pokolenia produkcja. Pamiętam jednak, że zachwycał mnie klimat tego serialu. Prowincjonalna Ameryka z XIX wieku. Taki prawdziwy Dziki Zachód. Świat zapomniany. Od tamtego czasu mam chyba słabość do książek i filmów pokazujących prowincjonalną Amerykę. 

fot. mat. prasowe

Ameryka z końca lat 80. 

Jaki obraz Ameryki przedstawia nam współczesna kultura? Na pewno bardzo zróżnicowany. Owszem, powierzchownie można odnieść wrażenie, że Ameryka to głównie ludzie żyjący w wielkich, pędzących miastach. Najczęściej skazani na sukces. Można pomyśleć, że Ameryka to szeroko rozumiana nowoczesność. Ale tak nie jest. Ameryka jest bardzo różnorodna i warto odkryć jej poszczególne barwy. Ja ostatnio przyglądałem się bliżej nie tej wielkomiejskiej, ale tej bardziej prowincjonalnej Ameryce. Takowa jest mocno obecna na kartach książki Billa Brysona – „Zaginiony kontynent”. W Polsce tom ten ukazał się całkiem niedawno nakładem Wydawnictwa Zysk i S-ka. Napisany został jednak znacznie wcześniej – pod koniec lat 80. poprzedniego wieku. Świetnie pokazuje, czym jest prowincjonalna Ameryka.

fot. unsplash


To świat nieco zapomniany, w którym czas często zatrzymał się 20, 30, a czasem i 50 lat temu. A jednocześnie to świat, którzy przyciąga. Można pomyśleć, że perspektywa 30 lat, które minęły od napisania tej książki, może wypaczać obraz prowincjonalnej Ameryki. Myślę, że tak jednak nie jest. Owszem, pewnie dotarło do niej trochę tzw. nowoczesności. Ale myślę, że mimo to pozostała ona wciąż takim światem, w którym zatrzymał się czas. Miejscowości, zwłaszcza te znacznie oddalone od wielkich ośrodków, żyją swoim życiem. Tworzą takie mikroświaty 

Bloomsburg to senne miasteczko uniwersyteckie. Na pierwszy rzut oka człowiek miał wrażenie, że najodpowiedniejszym strojem byłby tam szlafrok i pantofle. Główna ulica wyglądała zamożnie i czysto, a przy sąsiednich stały duże stare domy z rozległymi trawnikami. Tu i ówdzie ponad licznymi drzewami wystawały wieże kościelne. Miasteczko zbliżone do ideału – jedna z tych niewielu amerykańskich miejscowości, w których nie potrzebowałeś samochodu. Z każdego miejsca mieszkańców dzielił krótki, przyjemny spacer na pocztę, do biblioteki i do sklepu. (Bill Bryson „zaginiony kontynent”) 

fot. unsplash

Podróż poniekąd sentymentalna 

I właśnie prezentacją takich mikroświatów jest książka Brysona. To zapis podróży człowieka, który po latach mieszkania w Wielkiej Brytanii wraca do rodzinnych Stanów i postanawia przemierzyć je autem. Wyrusza z rodzinnego Des Moines w stanie Iowa – najpierw na wschód, a potem na zachód. Mija kolejne stany i miejscowości – i pokazuje, jak wielobarwna i różnorodna jest prowincjonalna Ameryka. Czasem trafia też do dużych ośrodków – ale wtedy czytelnik  czeka tylko, aż z powrotem powróci do tych mniejszych, nieoczywistych miasteczek i wiosek. To z jednej strony jest powrót do dzieciństwa i młodości – w tomie wciąż przewijają się wspomnienia, często związane z odwiedzanymi miejscami. Ale z drugiej strony jest to też opowieść o historii, kulturze i obyczajowości USA. Bardzo barwna opowieść, napisana żywym językiem. Kolejne strony pochłania się niczym dobra powieść kryminalną. Okraszoną zresztą świetnym poczuciem humoru! Aż mam ochotę sięgnąć po kolejne książki tego amerykańsko-brytyjskiego podróżnika!   Przypominamy >>> Potrzeba bliskości [RECENZJA]

Z wizytą w Serenity 

Książek opisujących mniej znane oblicze Ameryki jest oczywiście znacznie więcej. Przypominam sobie choćby świetną publikację poświęconą legendarnej Route 66, którą przed laty czytałem (niestety, nie pamiętam tytułu i nazwiska autora). Ale na prowincję coraz częściej zabierają nas też twórcy seriali. Ich Ameryka to już nie tylko Los Angeles, Nowy Jork, Chicago i kilka innych wielkich miast. To też choćby Serenity, niewielkie miasteczko w Karolinie Południowej, w którym rozgrywa się akcja „Słodkich magnolii” (udostępnione w maju w serwisie Netflix).

Słodkie Magnolie, fot. Netflix


To malownicze miejsce, w którym żyją trzy przyjaciółki: Maddie, Dana Sue i Helen. Kobiety przyjaźnią się od czasów szkolnych, wiedzą, że mogą na siebie zawsze liczyć. Serial jest opowieścią o ich przyjaźni i trudach, z którymi muszą mierzyć się każdego dnia. To dość sielankowa (choć niepozbawiona problemów) opowieść o małej społeczności, w której nic się nie ukryje. Ważnym elementem tej historii jest też młode pokolenie – czyli dzieci głównych bohaterek. Niektórym może się wydawać, że ten serial jest przesłodzony. I owszem – taki trochę jest. Ale to dodaje mu jeszcze większego uroku. I zachęca do zobaczenia tej niezobowiązującej, acz bardzo przyjemnej serialowej lektury. Dodatkowym atutem serialu jest na pewno to, że jest bardzo chrześcijański i rodzinny. Te wątki bardzo mocno obecne są w kolejnych odcinkach. A modlitwa młodego, dorastającego chłopaka w pustym kościele po prostu wzrusza. Ja już czekam na ogłoszenie kolejnego sezonu! Przeczytaj też >>> Hubert Piechocki: lekarz z autyzmem [RECENZJA]

fot. unsplash

Niełatwa przeprowadzka 

Z południa przenosimy się na zachód USA. Tutaj, w górskiej części Kalifornii, rozgrywa się akcja serialu „Virgin River” (tak nazywa się też miasteczko, w którym żyją bohaterowie). Produkcja Netflixa skupia się wokół Mel, pielęgniarki, która po stracie ukochanego przeprowadza się do położonego z dala od wielkich metropolii Virgin River. Szybko przekonuje się, że życie na prowincji wcale nie musi być sielankowe; niełatwo jest jej się wpisać w nowe środowisko. Podejmuje jednak pracę i zaczyna żyć w nowym miejscu. W tym serialu widzimy, jak ogromną rolę odgrywa społeczność w życiu jednostki. Możemy dostrzec, że na prowincji mało komu udaje się pozostać anonimowym – co ma swoje złe i dobre strony. Siłą tej produkcji są bez wątpienia ciekawie napisane postacie. I piękne plenery, którymi możemy się zachwycać. Lasy, rzeki, góry… „Virgin River” zachęca do założenia plecaka i spontanicznego wyruszenia na wędrówkę! W obu omawianych serialach na plan pierwszy oczywiście wysuwają się wątki miłosne. Ale świat, w którym żyją bohaterowie, ma też swoją ogromną rolę. Te dwa – zarazem różne i podobne do siebie – serialowe oblicza amerykańskiej prowincji przyciągają!    Można polecić jeszcze znacznie więcej książek czy seriali, które pozwalają nam trafić na amerykańską prowincję. Ostatnio zachwyciłem się też m.in. filmem „Dzika droga” z Reese Witherspoon. Przeczytałem tez świetną książkę, na której powstał ten obraz, będący opowieścią o pieszej wędrówce Cheryl Strayed. Do małego miasteczka zabiera nas też fenomenalny serialStranger things. Jest w czym wybierać! Zapraszam, by na własną rękę podejmować kulturalne wyzwania i odkrywać mniej znane oblicze – nie tylko Ameryki.  

Zobacz także
Wasze komentarze