Fot. arch. S. Rachela Kaczmarek OP

Adwentowy worek manioku, czyli Boże Narodzenie w czasie… Adwentu

2 min. zajmie Ci przeczytanie tego artykułu.

Za nami druga niedziela Adwentu i jednocześnie moja „pierwsza” druga niedziela Adwentu w Kamerunie. Adwent zupełnie inny niż wszystkie, zewnętrzna aura na pierwszy rzut oka zupełnie niesprzyjająca oczekiwaniom na święta Bożego Narodzenia.

Zero śniegu, nawet zero szans na śnieg, nie licząc czarnego pyłu spadającego z nieba jak śnieg – to pozostałość po wypalaniu traw,  nieodzowny znak, iż nadeszła pora sucha. Do tego niemiłosiernie wysokie temperatury i kalendarz, który drwiąco wskazuje, że mamy grudzień. Mimo tego, tutaj też oczekujemy. Może nie do końca ludzie rozumieją zmianę koloru liturgicznego, porządek mszy świętej czy znaczenie czterech świec na ołtarzu i pewnie potrzeba czasu, który pomoże to wszystko objąć rozumem i sercem, ale czy pasterze owej niezwykłej nocy rozumieli, o czym mówi do nich anioł?! Albo trzej mędrcy? Czy do końca wiedzieli za czym, za Kim idą? To jest piękne w betlejemskiej szopie, że jest w niej miejsce dla wszystkich, a zwłaszcza dla tych, których, gdyby to ktoś z nas stał „na bramce”, na pewno by nie wpuścił.

Fot. arch. S. Rachela Kaczmarek OP

W tym niezwykłym czasie wypatrywania gwiazdy dane mi było usłyszeć pierwszy krzyk trzech chłopców. Moja asystentura przy porodach sprawiła, że Boże Narodzenie (jak to nazwała jedna z moich sióstr) właśnie się dokonało. A mówią, że siostry zakonne wyrzekają się radości dawania życia. Nic bardziej mylnego! Pierwszy chłopiec to był mój „pierwszy raz”, ale trzeba było zagryźć zęby i udawać, że wszystko jest  pod kontrolą i doskonale wiem, co się za chwilę wydarzy, żeby tylko nie wystraszyć przyszłej mamy. Trzeba dodać, że kobiety kameruńskie są bardzo wytrzymałe na ból – w czasie porodu to ja krzyczałam najgłośniej. Radość narodzin to jest jedna z tych chwil, przy których wszystko inne staje się nieposolone. Z kolei dzieci w Kamerunie żyją jak „u Pana Boga za piecem”, ale tutaj to określenie wcale nie oznacza luksusu, raczej wskazuje na ubóstwo, które Jezus umiłował i w jakim przyszedł na świat. Mała, wybawiona już przez inne dziecko w Polsce zabawka, wywołuje tutaj niesamowitą radość, którą najpierw wyrażają oczy, z tym niepowtarzalnym fleszem jak z najlepszego aparatu, a potem ten skrywany mimo wszystko uśmiech, który nie potrzebuje komentarza, bo jest autentyczny.

Fot. arch. S. Rachela Kaczmarek OP

Starsze kobiety powtarzające za nami gesty piosenki dla dzieci, ich wypracowane na maniokowym polu dłonie próbujące złożyć się w kształt serca zgodnie ze słowami hitu „Bóg jest tu, Bóg jest tam” przetłumaczonego na język francuski – to wszystko to są właśnie świece adwentowe wskazujące, że On jest naprawdę blisko. I tak dane mi jest ten Adwent przeżyć patrząc na pasterzy, mędrców i aniołów ukrytych w mieszkańcach Kamerunu, z garnkiem patatów i workiem suszonego manioku jako podarunku; zmierzających po wysuszonej, czerwonej ziemi, mijających maniokowe pola w kierunku Betlejem. Już niebawem, z suszonego manioku kobiety wyrobią mąkę a potem chleb. Już niebawem pewnej nocy, w „Domu Chleba”, narodzi się Ten, przy którym nikt nie będzie głodny!

Zobacz także
Wasze komentarze