fot. arch. Teatru Lilia
„Sztuka może być furtką do Boga”. Jak ewangelizować tańcem? [ROZMOWA]
Czy taniec może być modlitwą? Czy za pomocą ruchu można opowiedzieć historię biblijną i pomóc widzom zbliżyć się do Boga? Agata Stodolska, założycielka Teatru Tańca Lilia, przekonuje, że sztuka może stać się przestrzenią spotkania z Jezusem. W rozmowie z Karoliną Binek opowiada również o spektaklach, które poruszają widzów, i o wspólnocie, która powstała wokół tego dzieła.
Teatr Tańca Lilia to krakowska grupa artystyczna, która łączy taniec ze sztuką opowiadania o Bogu. Poprzez spektakle inspirowane Ewangelią, historią Maryi i życiem świętych członkowie teatru chcą przybliżać widzom chrześcijańskie przesłanie. Działalność zespołu wykracza jednak poza scenę. Jego członkowie tworzą wspólnotę, w której ważne miejsce zajmują modlitwa, formacja duchowa i rozwijanie talentów. Teatr działa przy Sanktuarium św. Jana Pawła II w Krakowie i występuje w różnych miejscach w Polsce oraz za granicą.
Karolina Binek: Z jakiej potrzeby zrodził się Teatr Tańca Lilia? Jak to się stało, że dziś jesteście już profesjonalną grupą teatralną?
Agata Stodolska: – Przede wszystkim z potrzeby serca i wyrażenia miłości do Boga, której sama doświadczyłam. Przeżyłam osobiste spotkanie z Jezusem. Wcześniej moja wiara była raczej tradycyjna. Wychowałam się w katolickim domu, regularnie chodziłam na niedzielną mszę świętą, ale nie do końca żyłam Ewangelią. W pewnym momencie mojego życia przyszedł trudniejszy czas, który można nazwać czasem pustyni. Zaczęłam zadawać sobie pytania: dokąd właściwie zmierzam? Jaki sens ma to, co robię? Zobaczyłam, że przez długi czas szukałam siebie w różnych aktywnościach, ale nie przynosiło mi to spełnienia. Wcześniej dużo zajmowałam się tańcem. Chciałam rozwijać karierę, wyjeżdżałam za granicę na staże taneczno-aktorskie. Dzisiaj widzę, że Pan Bóg potrafił wykorzystać również te doświadczenia, ale wtedy szukałam w nich przede wszystkim siebie. Wciąż chciałam robić więcej i więcej. W pewnym momencie zauważyłam, że to nie daje mi szczęścia. Stało się to jednak dopiero wtedy, kiedy moje życie zaczęło się komplikować i rozpadła się ważna dla mnie relacja. Wróciłam z zagranicy do domu rodzinnego, z poczuciem, że zostałam z niczym. To był czas, w którym powoli (dzięki modlitwie) zaczęłam doświadczać uzdrowienia i pokoju, które przychodziły od Jezusa. Myślę, że w dużej mierze pomogła mi w tym Maryja, która przybliżyła mnie do swojego Syna.
W końcu Maryja prowadzi do Jezusa…
– Zaczęłam od różańca i nowenny pompejańskiej, którą podsunęła mi siostra. Początkowo modliłam się o uzdrowienie tamtej relacji, ale Pan Bóg wykorzystał tę modlitwę, by poprowadzić mnie dalej. Zaczęłam głębiej wchodzić w modlitwę osobistą, przeżyłam spowiedź generalną, odkryłam wieczory uwielbienia i poznałam ludzi, którzy naprawdę żyli Kościołem i Ewangelią. To był dla mnie zupełnie nowy świat. Stopniowo zaczęła wypełniać się pustka, którą nosiłam w sercu. Pojawiła się radość, choć nie od razu wróciłam do tańca. W czasie pustyni zrobiłam sobie od niego przerwę. Powiedziałam Jezusowi, że nie chcę już szukać samorealizacji i poprosiłam, żeby pokazał mi właściwą drogę. Z czasem zaczęło we mnie narastać pragnienie, by znów tańczyć, ale już w innym kontekście – dla Boga. Chciałam wyrażać w ten sposób miłość do Niego i wdzięczność za uzdrowienie oraz za to, że pokazał mi sens życia.

Jak to pragnienie zaczęło się konkretyzować?
– Zaczęłam prowadzić zajęcia taneczne dla dzieci w domu kultury. Słuchałam muzyki uwielbieniowej i próbowałam tworzyć choreografie. Podczas osobistej modlitwy również zaczęłam wykorzystywać taniec. Włączałam instrumentalną muzykę i pozwalałam, by ruch pojawiał się naturalnie. To mój język ciała, a zarazem język miłości. Jeździłam też do Częstochowy na akty zawierzenia odprawiane w pierwsze soboty miesiąca. Podczas jednego z nich napisałam do Maryi: „Maryjo, chciałabym tańczyć dla Jezusa i Ty wiesz, co z tym zrobić”. Bardzo szybko pojawiła się odpowiedź. Jeszcze tego samego dnia spotkałam koleżankę, która zaproponowała mi przygotowanie inscenizacji tanecznej na koncert uwielbienia w Boże Ciało, w kolejnym roku. Odebrałam to jako zachętę i zaczęłam przygotowywać się do występu. Miałam też możliwość tańczenia przed Najświętszym Sakramentem, razem z inną dziewczyną, podczas procesji. Było to dla mnie niezwykłe doświadczenie, wręcz hojność ze strony Boga, który odpowiedział na moje pragnienie. Nadal jednak zastanawiałam się, czy powinnam iść w tym kierunku. Obawiałam się, że znów zacznę szukać w tańcu samej siebie. Mówiłam Jezusowi, że chcę to robić tylko wtedy, gdy On mnie do tego zaprosi. Zaczęły pojawiać się kolejne propozycje: prowadzenia warsztatów modlitwy tańcem czy uwielbienia przez taniec. Nie wiedziałam jeszcze, jak się za to zabrać. Znałam przede wszystkim taniec współczesny i modern jazz. To style, w których można wyrażać emocje, przeżycia i to, co dzieje się w duszy. Między innymi w ten sposób chciałam okazywać Bogu miłość.
Kiedy zatem pojawił się pomysł na spektakl „Lilia”?
– W kolejnym roku ta sama koleżanka poprosiła mnie o przygotowanie krótkiego spektaklu o Maryi z okazji setnej rocznicy objawień fatimskich. Miał zostać wystawiony 13 maja 2017 roku. Było to dla mnie znacznie większe wyzwanie niż przygotowanie inscenizacji tanecznej do koncertu. Czułam jednak, że tego chcę. Było to pragnienie serca, któremu towarzyszyły kolejne potwierdzenia. Zaczęłam pracować z przyjaciółką, która również jest instruktorką tańca. Zapraszała do projektu osoby ze swoich zajęć. Nie stawiałyśmy warunku, że uczestnicy muszą być wierzący. Ważne było dla nas to, co może się wydarzyć podczas wspólnej pracy. Modliłyśmy się na próbach i zawierzałyśmy wszystko Bogu przez Maryję. Widziałyśmy, że ten proces przemienia nie tylko nas, ale również osoby, które do nas dołączały. Ostatecznie planowany koncert nie odbył się. Zastanawiałyśmy się więc, czy dobrze odczytałyśmy wolę Bożą. Miałyśmy jednak już częściowo przygotowany materiał i pragnienie, by pójść dalej. Pomyślałyśmy, że może warto wystawić spektakl w Krakowie. Tak też się stało. Premiera „Lilii” odbyła się 8 grudnia 2017 roku, w uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny. Mówimy czasem, że przygotowania trwały dziewięć miesięcy, jak ciąża, a spektakl niejako począł się w dniu Niepokalanego Poczęcia. Po premierze otrzymywałyśmy wiele świadectw o tym, jak spektakl poruszył widzów. Pojawiło się w nas pragnienie, by pogłębiać wiarę także przez to, co robimy. Był z nami ks. dr hab. Marcin Godawa z Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II w Krakowie, który popierał pomysł utworzenia wspólnoty. Zaczęliśmy więc spotykać się również na formacji duchowej. Pojawiały się kolejne zaproszenia do wystawiania „Lilii”, a my chcieliśmy kontynuować tę działalność. Z czasem zaczęliśmy formalnie funkcjonować jako teatr tańca. Tak rozwijała się nasza misja ewangelizacyjna.
>>> Do ślubu pojechała z domu sióstr. „To tutaj ubierała suknię ślubną” [ROZMOWA]
Jakie towarzyszyły Pani uczucia, kiedy z jednego spektaklu zaczęło powstawać coś większego, jak teatr i wspólnota?
– Sam moment, w którym nazwaliśmy się teatrem tańca, był oczywiście miły i stanowił dla nas znak rozwoju. Nie zmienił jednak najważniejszego: nadal chcieliśmy robić to dla Boga. Kontynuowaliśmy spektakle i tworzyliśmy kolejne. Wierzyliśmy, że nazwanie naszej działalności teatrem może pomóc nam dotrzeć dalej, również do osób niewierzących, którym chcielibyśmy przybliżać Ewangelię. Było to też dla nas pewne określenie tego, kim jesteśmy i co robimy.
Ile osób tworzy obecnie teatr? Nadal wystawiacie spektakle w różnych miejscach czy też w jednym stałym?
– W zależności od spektaklu występują różne osoby. Można powiedzieć, że jest nas około dwudziestu, choć tych najbardziej aktywnych i zaangażowanych jest kilkanaście. Mamy też sympatyków i przyjaciół wspólnoty, którzy nas wspierają. Naszą bazą jest Kraków, a obecnie działamy przy Sanktuarium św. Jana Pawła II. Jednocześnie pozostajemy mobilni. Sporo podróżujemy ze spektaklami, szczególnie z „Lilią”, ale wystawiamy również inne przedstawienia, między innymi o św. Jadwidze Królowej czy św. Faustynie. Przez osiem lat działalności odwiedziliśmy wiele miejsc w Polsce i za granicą.

Jak wyglądają wasze próby? Ile czasu potrzeba, by przygotować spektakl? Czy ćwiczycie również te przedstawienia, które macie już w repertuarze od dłuższego czasu?
– To zależy od spektaklu i liczby scen. Przygotowanie „Lilii” zajęło nam dziewięć miesięcy. Spotykaliśmy się wtedy raz w tygodniu, a próby trwały nawet pięć godzin. Później nieco zmieniliśmy organizację pracy. Obecnie spotykamy się zazwyczaj raz do dwa razy w tygodniu, nie licząc dodatkowych zajęć tanecznych. Jedna z prób może być poświęcona tworzeniu nowego spektaklu, a pozostałe ćwiczeniu przedstawień, które już mamy w repertuarze. Przygotowujemy teraz kolejne duże widowisko i zakładamy, że prace mogą potrwać jeszcze kilka miesięcy, a nawet około roku. Jeśli pojawia się konkretna data występu i trzeba przyspieszyć, szukamy dodatkowego czasu. Musimy też regularnie powtarzać gotowe spektakle, ponieważ skład występujących osób czasami się zmienia. Zależy nam, żeby każdy był dobrze przygotowany.
Często wspomina Pani o grupie teatralnej jako o wspólnocie. Czy modlitwa jest obecna również podczas Waszych prób?
– Modlimy się przed próbami i po nich, ale spotykamy się także przy innych okazjach. Podczas spotkań formacyjnych rozważamy Słowo Boże, słuchamy konferencji kapłanów i zaproszonych osób. Organizujemy również wieczory uwielbienia z tańcem. Od tego sezonu chcemy zadbać o to, by przynajmniej raz w miesiącu wspólnie uczestniczyć w Eucharystii. Wcześniej również staraliśmy się spotykać na niedzielnej mszy świętej, a potem na agapie. To czas modlitwy, ale też budowania relacji i wspólnego świętowania. Prowadzimy również otwarte zajęcia taneczne, między innymi z modern jazzu i baletu. Zapraszamy na nie osoby z zewnątrz, a spotkania rozpoczynamy i kończymy wspólną modlitwą. W tym roku dodatkowo prowadzimy warsztaty modlitwy tańcem, żeby pokazać innym, na czym polega taka forma spotkania z Bogiem. W naszym charyzmacie ważna jest idea, że wszystko, co robimy, może być modlitwą i może być wypełnione miłością. Nie chodzi więc wyłącznie o modlitwę przed występem czy po nim. Każdy ruch, każda czynność, jeśli zostaje ofiarowana Bogu, może nabrać takiego wymiaru. Chcemy uczyć się przenosić to, czego doświadczamy na sali prób, do codziennego życia.
Macie bardzo napięty grafik? Jak można zaprosić was do wystawienia spektaklu?
– Najczęściej po prostu otrzymujemy zaproszenie. Sprawdzamy wtedy, czy mamy dostępny zespół w danym terminie i czy nie koliduje on z innymi zobowiązaniami. Później ustalamy szczegóły organizacyjne. Nasz grafik jest dość intensywny, ale wynika to nie tylko z samych spektakli. Prowadzimy zajęcia taneczne, organizujemy próby, warsztaty i modlitwę tańcem. Tych aktywności jest sporo. Jeśli chodzi o same spektakle, staramy się występować przynajmniej raz w miesiącu. Chcielibyśmy robić to częściej. Zdarza się, że po zaplanowanych przedstawieniach szukamy kolejnych możliwości występu i sami odzywamy się do różnych miejsc. Jeśli ktoś chciałby nas zaprosić, wystarczy do nas napisać lub zadzwonić.
Widzowie bywają zaskoczeni tym, że można modlić się tańcem?
– Zdecydowanie. Niektórym trudno sobie wyobrazić, jak można opowiedzieć historię biblijną za pomocą tańca, a tym bardziej jak można w ten sposób się modlić. Jednak kiedy ktoś uczestniczy w naszych warsztatach albo ogląda spektakl, może doświadczyć tego osobiście. Widzowie zauważają, że taniec jest dla nas modlitwą, i często mówią nam o tym, co sami przeżyli podczas przedstawienia. Nieraz spotykamy się z pozytywnym zaskoczeniem, że w taki sposób można wyrażać wiarę.
Samo oglądanie spektaklu może pomóc zbliżyć się do Boga?
– Myślę, że jak najbardziej. Nie zawsze wiemy, co przeżywa widz, ale otrzymujemy konkretne świadectwa osób, które dzięki naszym spektaklom poczuły bliskość Jezusa i Maryi. Niektórzy na nowo odkryli Maryję i Jej relację z Jezusem. W przedstawieniach pokazujemy również sceny biblijne, które odnoszą się do współczesnego człowieka. W jednym ze spektakli przedstawiamy uzdrowienia, podczas których Jezus przychodzi do różnych osób. W innym ukazujemy Boże miłosierdzie, odwołując się między innymi do historii kobiety cudzołożnej, syna marnotrawnego i miłosiernego Samarytanina. Chcemy pokazywać te historie tak, by widz mógł odnaleźć w nich siebie. Nieraz jest to bardzo poruszające doświadczenie.

Jak powstają choreografie? W jaki sposób przekłada Pani historie biblijne na współczesny język tańca?
– Obecnie w dużej mierze zajmuję się tym sama, choć później pracuję nad pomysłami wspólnie z innymi osobami. Czasami wszystko zaczyna się od natchnienia. Ale czasem impuls do stworzenia spektaklu przychodzi z zewnątrz. Przykładem jest spektakl o św. Jadwidze Królowej. Otrzymaliśmy propozycję przygotowania go z okazji jubileuszu Fundacji Królowej Jadwigi działającej przy Uniwersytecie Papieskim. Początkowo byłam sceptyczna, ponieważ nie do końca widziałam, jak przedstawić tę historię w tańcu. Zaczęłam więc prosić Boga o znaki i potwierdzenie, że to właściwa droga. Dla mnie takim potwierdzeniem bywa natchnienie. Słyszę muzykę i nagle widzę obraz, konkretną scenę albo całą wizję choreografii. Wtedy pojawia się we mnie myśl: dobrze, idziemy w tym kierunku. Jeśli takiego natchnienia nie ma, również staram się to przyjąć. Być może nie jest to jeszcze odpowiedni czas albo Bóg chce poprowadzić nas inaczej. Zwykle jest tak, że mamy już zarys scenariusza i wiemy, co chcemy opowiedzieć, ale nie znamy jeszcze konkretnych choreografii. Wtedy trzeba usiąść, zacząć pracować na sali i otworzyć się na działanie Ducha Świętego. Dużo wnoszą również osoby, z którymi pracuję. Wspólnie szukamy rozwiązań, dopracowujemy pomysły i nadajemy im ostateczny kształt.
Przed występem towarzyszy Pani oraz innym osobom stres, czy taniec dla Boga pozwala już zostawić go na boku?
– To zależy od osoby. U nowych tancerzy stres jest naturalny, bo wyjście na scenę zawsze wiąże się z emocjami. U tych, którzy występują od dłuższego czasu, jest go chyba mniej, choć adrenalina nadal się pojawia. Wiele zależy również od miejsca, w którym występujemy. Generalnie myślę, że łatwiej jest pokonać stres, gdy tańczy się dla Boga i Jemu zawierza się wszystko. Dla mnie sam spektakl jest przede wszystkim radością i głębokim pokojem. Przygotowania bywają męczące. Trzeba ustalić kwestie techniczne, oświetlenie, ustawienia na scenie i wiele innych szczegółów. To trud, który staram się ofiarować Bogu. Jednak kiedy zaczyna się spektakl, zostawiam te wszystkie sprawy. W „Lilii” jest scena, w której siedzę na scenie jako Maryja. Pamiętam, że kiedyś pomyślałam w takim momencie: „Teraz mogę odpocząć”. Stało się tak dlatego, że sam spektakl staje się dla mnie przestrzenią pokoju.
Często mówi się, że talent jest dany, ale i zadany. Czy zgadza się Pani z takim rozumieniem takiego pojęcia?
– Tak. Myślę, że talent jest darem, ale wiąże się z nim również odpowiedzialność. Powinniśmy go rozwijać i pomnażać. Nie może się to jednak odbywać na zasadzie przymusu, że musimy coś robić za wszelką cenę. Powinno wypływać z potrzeby serca i dawać radość. Uważam, że pragnienie rozwijania talentów i dzielenia się nimi z innymi również może pochodzić od Boga. Widzę to w naszej wspólnocie. Ludzie chcą rozwijać swoje umiejętności i angażować się w to dzieło. Nie wszyscy są tancerzami. Potrzebujemy również osób zajmujących się fotografią, oświetleniem, logistyką, organizacją i promocją. Jest wiele obszarów, bez których teatr nie mógłby funkcjonować. Chętnie zapraszamy więc osoby, które chciałyby wnieść swoje talenty do wspólnoty. Wierzymy, że każdy może ofiarować Bogu to, co robi. Osoba obsługująca oświetlenie czy pracująca przy konsoli również ma swój „taniec”. Wyraża go po prostu w inny sposób.
Wspomniała Pani, że wcześniej była Pani raczej tradycyjną katoliczką. Jak bardzo zmieniło się Pani życie od tego czasu?
– Zmieniło się bardzo. Nie wyobrażam sobie już życia takiego jak wcześniej. To był przełom, prawdziwa metanoia, przemiana mojego myślenia i serca. Kiedy przychodzi zniechęcenie albo trudniejszy czas, staram się wracać pamięcią do tego, co otrzymałam od Boga. Nie chciałabym wrócić do dawnego sposobu życia. Dlatego staram się trwać na modlitwie i ufać Mu. Mam poczucie, że to już nie jest tylko kwestia zobowiązania, ale również mojej wewnętrznej potrzeby. Chcę, żeby moje życie było dla Jezusa i było Nim wypełnione. Chcę dążyć do świętości. Ta przemiana zmieniła moje priorytety i pomogła mi inaczej spojrzeć na wiele spraw.

Czy zaangażowanie w teatr pomaga Pani również rozwijać wiarę? Jak dba Pani o to, by działalność nie stała się jedynie nieustannym działaniem?
– To bardzo ważne, ponieważ łatwo wpaść w aktywizm: ciągle coś robić, organizować i przygotowywać, a przy tym przestać słuchać Jezusa. Staram się pilnować tego również w swoim życiu. Potrzebujemy ciszy, odpoczynku i czasu na słuchanie Boga. Dlatego spotykamy się na modlitwie, rozważamy Słowo Boże, indywidualnie również czerpiemy z Eucharystii, adoracji Najświętszego Sakramentu i staramy się napełniać Jego obecnością. Czasem wystarczy pięć minut ciszy przed próbą czy spektaklem, chwila zanurzenia w Słowie Bożym. To naprawdę zmienia sposób, w jaki później pracujemy. Jesteśmy bardziej skupieni i inaczej przeżywamy próbę. Wznosimy się ku Bogu także na spotkaniach formacyjnych z konferencją lub świadectwem. Wzrost duchowy dokonuje się jednak nie tylko podczas formacji. Wierzymy, że również sama praca nad spektaklem może nas prowadzić do Boga, jeśli Mu ją powierzamy. Kiedyś rozmawiałam z jedną z dziewczyn ze wspólnoty o tym, jak przeżywa spektakl. Powiedziała, że dla niej każdy spektakl jest okazją do większego uniżenia, ponieważ pozwala jej wejść w tajemnicę, którą przedstawiamy. Ma to szczególne znaczenie dla zachowania wolności od pychy, której pokusa może się zrodzić, skoro wychodzimy na scenę i jesteśmy oglądani przez innych. Poza tym za każdym razem przeżywamy spektakle trochę inaczej. Słowo Boże jest żywe, dlatego za każdym razem może przemówić do nas w nowy sposób. Przemiana nie dokonuje się więc wyłącznie w widzach. Sami także potrzebujemy zostać dotknięci przez Boga, aby później móc przekazywać to doświadczenie innym.
>>> Mała Trzódka – wielkie serce. Franciszkanki pomagają starszym [ROZMOWA]
Jakie jest obecnie Pani największe marzenie związane z teatrem?
– Marzy mi się, żeby nasza działalność rozwijała się jeszcze szerzej i żeby coraz więcej osób mogło zobaczyć nasze spektakle oraz doświadczyć tego, co chcemy przekazać. Chciałabym również, żebyśmy stworzyli bardziej rozbudowaną grupę, w której moglibyśmy się wzajemnie zastępować, rozwijać i lepiej troszczyć o każdego członka wspólnoty. Bardzo ważnym marzeniem jest dla nas własna siedziba. Chcielibyśmy mieć miejsce, które byłoby nie tylko sceną, ale również domem: przestrzenią modlitwy, spotkań, budowania relacji i wspólnego działania. Ponieważ spędzamy ze sobą dużo czasu i razem pracujemy, nasze więzi są bardzo bliskie. Chcemy jeszcze mocniej opierać je na Bogu. Własne miejsce ułatwiłoby nam również organizację pracy i rozwijanie teatru. Mamy też pragnienie, żeby docierać do osób, które jeszcze nie znają Boga. Oczywiście występy w kościołach również mają ogromne znaczenie, bo ludzie wierzący także potrzebują na nowo odkrywać Ewangelię. Wierzę jednak, że teatr ma potencjał, by wychodzić dalej. Sztuka może być furtką do Boga. Ktoś może nie zdecydować się na udział w modlitwie, ale przyjść na spektakl, ponieważ zainteresuje go taniec albo sama forma przedstawienia. Może zobaczyć coś pięknego, zostać poruszony i dzięki temu otworzyć się na kolejne doświadczenia.
Na koniec proszę, by dokończyła Pani zdanie: Teatr Tańca Lilia to dzisiaj dla mnie…
– Pierwsze, co przychodzi mi do głowy, to dom. Ale także służba i relacje. Przede wszystkim jest to bycie z Bogiem. Widzę teatr jako swoją drogę, również drogę uświęcania się. Czuję, że to moje miejsce i że właśnie tutaj chcę służyć Bogu, razem z ludźmi, których mi dał.






| Galeria (6 zdjęć) |
Bądź na bieżąco z Misyjne.pl!
Obserwuj misyjne.pl w Google News. Dodaj nas do ulubionych, aby nie przegapić najważniejszych treści z kraju i ze świata.
Wybrane dla Ciebie
Czytałeś? Wesprzyj nas!
Działamy także dzięki Waszej pomocy. Wesprzyj działalność ewangelizacyjną naszej redakcji!
| Zobacz także |
| Wasze komentarze |
W świecie hałasu szukają ciszy. Rekolekcje na Morasku pomagają odnaleźć sens [ROZMOWA]
Głuche dzieci pytają, czy Pan Bóg zna język migowy [ROZMOWA]
Jaka jest przyszłość Kościoła? „Dopóki młodzi chcą się modlić, dopóty jest nadzieja” [ROZMOWA]





Wiadomości
Wideo
Modlitwy
Sklep
Kalendarz liturgiczny